narkotyki

Oczyma dilera-słoika

By 27 października 2018 18 listopada, 2019 No Comments

Oto Jacek z Olsztyna, eksstudent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, który rzucił studia, wzgardziwszy lichą ścieżką kariery, jaką oferuje mu wykształcenie, i zajął się dilerką narkotyków. I pnąc się w hierarchii detalistów, zdobywając coraz to lepszych klientów, wreszcie stał się dostawcą dla warszawskiej elity. Elity finansowo — polityczno-celebryckiej. Bocznymi więc drzwiami, od kuchni, wszedł na sam szczyt piramidy, u stóp której stał jeszcze parę lat temu, zadzierając głowę jako smętny „słoik”, przyjezdny, może i zdolny oraz ambitny, ale pozbawiony szans na realny sukces.

Patrzy teraz z pogardą na tych swoich idoli, którzy wieczorami muszą korzystać z jego towaru, by wytrwać w bezustannym wyścigu po kasę i wpływy, patrzy i opisuje ludzkie słabości, tandetę ich życia, złudzenia, jakimi się karmią. Przemierza nocą Warszawę, by wstąpić do klubów, by wejść do luksusowych willi, ale i zamienionych w nory mieszkań, aby spotkać się z ludźmi z pierwszych stron gazet i z lifestyle’owych magazynów, ale i z gangsterami walczącymi o wpływy w mieście. Łamanie rąk i nosów, obcinanie palców i wysadzanie samochodów sąsiaduje z upojnymi melanżami kreatywnej warszawki upojonej własną młodością, energią, ale jednocześnie podszytą strachem i stresem.

Jest Jacek o wielu nazwiskach, sprytnie wymykający się policji, podróżujący po mieście swoim 305-konnym audi RS4, bliskim krewnym chandlerowskiego Philipa Marlowe’a, ma w sobie coś z Waltera White’a z serialu „Breaking Bad”, nauczyciela chemii, który przedzierzgnął się w producenta amfetaminy i zbrodniarza. Ma oczywiście wiele wspólnego z kreowanym przez De Niro Travisem, taksówkarzem z filmu Martina Scorsese, podobnie jak on przemierzając nocą miejską dżunglę.

Jego elegijno-litanijne monologi i barokowe obrazy miasta, a jednocześnie intelektualny dystans pozwalają na bolesne punktowanie warszawskiej elity. Jacek, słoik z Olsztyna (choć jedzenie troskliwie szykowane przez matkę wyrzuca do pierwszego napotkanego śmietnika), słuchający w samochodzie „Wariacji Goldbergowskich”, ubierający się z nierzucającą się w oczy elegancją, obdarzony świetnym smakiem, oczytany, dumny ze swojego opanowania, z precyzyjnego kierowania swoim życiem, z wyniosłością patrzy na klientów, dzieląc się z czytelnikami bezlitosnymi spostrzeżeniami na temat istoty tego zdeprawowanego miasta. Miasta, które napędza kokaina, miasta, którym rządzi pieniądz i przemoc. Miasta, które wciąga.

Już pierwsza strona powieści przynosi pytanie, które towarzyszyć będzie lekturze Żulczyka aż do końca. Pytanie o to, czy mamy do czynienia z pastiszem, czy też w świat, który staje przed naszymi oczyma, mamy wejść bez podejrzeń, że to tylko stylistyczna zabawa, że to tylko literacka gra. Czy mamy uwierzyć, że jest to rzeczywista Warszawa, czy też czytać „Ślepnąc od świateł” jako popis wirtuoza, który raczy nas wariacjami w kolorze noir, wariacjami na bezsenność, wariacjami jednak mocno podkręconymi, manierycznymi?

„Miasto wygląda jak nabazgrane kolorowymi flamastrami na czarnej płachcie przez ogromne nadpobudliwe dziecko” — pisze Żulczyk na pierwszej stronie, by po paru zdaniach zostawić ten koncept i przerzucić się na personifikację. „Miasto otwiera oczy, zamknięte w dzień, budzi się cicho i ciężko, przypomina schlanego mężczyznę…”. Ale i ta perspektywa po chwili zostaje zastąpiona następną: „Miasto otwiera się przede mną jak wymięty egzemplarz taniej książki…”. Wszystko to przedzielane jest westchnieniem o wielki deszcz, wielką powódź — nieodparcie kojarzące się z monologiem taksówkarza Travisa. A może i setką innych monologów wygłaszanych przez unurzanych w miejskiej ohydzie outsiderów, loserów, przybyszy z zewnątrz, wciąganych przez Babilon, kuszonych, gorzko doświadczonych, wyplutych.

Pytanie to, czy mamy do czynienia ze stylizacją, czy też to doświadczenie Warszawy narzuciło autorowi taką konwencję, pytanie, gdzie kończy się pastisz, a zaczyna walka o prawdę o współczesności, będzie jedną z lekturowych dominant towarzyszących przez całe 519 stron powieści. Robienie z naszej stolicy Nowego Jorku, obarczanie Jacka obowiązkową femme fatale — to wszystko miejscami może sprawiać wrażenie jedynie literackiej gry, podążania za kliszami, stosowania rozwiązań z wżerających się w głowę seriali i wideo.

Jacek — diler zachowujący trzeźwy umysł, asceta i samotnik, z chłodną nienawiścią obserwujący świat, do którego jeszcze niedawno aspirował — wystawia miastu i światu gorzką ocenę. Nienawiść, jaką żywi do otoczenia, powoduje, że błyskawicznie demaskuje nicość i fałsz napotkanych osób. Mikroportrety reprezentantów stolicy, wyliczanki całego banalnego śmiecia, jakie zalega im w głowach, świetne oceny ich strategii życiowych — to wszystko słoik Jacek robi po mistrzowsku, prześwietlając miasto z całą bezwzględnością resentymentu. Rozpaczliwie walcząca ze starością i z samotnością żona biznesmena i bandzior-okrutnik zdobywający miasto. Darzona przez dilera niezwykle ciepłym uczuciem pogmatwana wewnętrznie przyjaciółka i skorumpowany policjant-hazardzista. Zaćpany na śmierć niespełniony artysta, syn znanego przedsiębiorcy i właściciel nocnego klubu bijący swoje kobiety.

Nie ma w myśleniu Jacka o Warszawie miejsca na docenienie jej uroków, nie ma miejsca na refleksję o odzyskiwaniu przez Warszawę swojego charakteru, z mitem powstania, z emanacją młodości, z radością placów, miejskich plaż, z kolonizowania miejskiej przestrzeni, z próbą zdobywania miasta nawet zimą. Nie ma odwołania do legendy miasta i próby jej reaktywacji. Stolica jest dla Jacka mapą, na której emocjonalnymi punktami są kluby, miejsca melanżów, mieszkania klientów i dłużników, schowki i skrytki. Słoik z Olsztyna nienawidzi Warszawy, tworząc ciemny wzór przyjezdnego, który swoje kompleksy przerobił na resentyment i z pogardą patrzy na zepsuty świat.

Ale przecież Żulczyk jest tak wytrawnym pisarzem, że ów resentyment jako paliwo wystarcza mu na całe 519 stron! Niesamowity słuch językowy, kapitalne grepsy, przepastne spektrum porównań, metafor, skojarzeń — od najniższej popkultury do sztuki wysokiej — mnogość postaci, a poza tym intrygująca fabuła: wstrząsająca próba, przed jaką stanie Jacek, próba, która odrze go z samozadowolenia, kwestionując całą jego strategię życiową, każąc podeptać nawet to, co na swój sposób kochał — to wszystko czyni z powieści pozycję niebanalną, słusznie wyróżnianą spośród ubiegłorocznych produkcji.

Jest „Ślepnąc od świateł” powieścią arcypolską, mnóstwo w niej odwołań do naszej lokalności i peryferyjności. Walor dokumentu epoki mają na pewno szydercze portrety realnych postaci ze świata popkultury i polityki — hiphopowca, „kokainisty w ostatnim stopniu uzależnienia”, prowadzącego biznesik z ubraniami i śpiewającego dla gimbazy o konieczności prowadzenia moralnego, zdrowego trybu życia czy totalnie nakoksowanego wiceministra od Tuska, który zamknięty w pokojowym hotelu z dziwką awanturuje się z nożem w ręku.

Jest też, a jakże, fantazja na temat Kuby Wojewódzkiego, „najlepszego klienta”, pseudonimowanego tu mało finezyjnie: „Stojąc przede mną, wygląda prawie tak samo jak na billboardach, na których reklamuje kolejny talent-show albo promocję telefonów komórkowych […]. Od dziesięciu lat prowadzi swój »Mariusz Fajkowski Show«. Do tego pracuje w radiu, pisze felietony. Jest wszechobecny. Non stop kręcą się wokół niego młode dupy, może mieć je wszystkie, więc afiszuje się z nimi w drogich samochodach”.

Jacek, czy też Żulczyk, który w wywiadach zastrzega się, że prawdziwego Wojewódzkiego nie zna i „wszelkie podobieństwo etc.” jest naprawdę zafascynowany tym TVN-owskim idolem. W obrazach z imprezy u niego pokazuje zarówno kompleksy gospodarza, jak i jego zdecydowane górowanie nad otoczeniem. Świetnie sygnalizuje tragedię Wojewódzkiego i ludzi mu podobnych zaplątanych w show-biznesową karuzelę — obsługujący zarówno najszerszy target: epatujący wulgarnością i prostactwem, a jednocześnie przecież obdarzony inteligencją i wrażliwością. Dystansujący się wobec show-biznesu, a będący jego wcieleniem i najwyższym kapłanem. Mający w pogardzie otaczających go naiwniaków i cwaniaków, autoironią głuszący swoje zakłamanie. Pełen lęków „najlepszy klient”, który zresztą stanie się przyczyną kłopotów dilera, ogniskuje uwagę autora i trzeba przyznać, że ten rzucający cytatami z Miłosza i Herberta żałosny osobnik jest tu sportretowany bardzo przenikliwie.

Książka Żulczyka, dopiero teraz odzyskana przeze mnie z rąk moich starszych dzieci, to superpropozycja na lato. I proszę się nie obawiać manieryzmów, które często towarzyszą powieściom o narkotykach. Owszem, Żulczyk nie może się powstrzymać i tak jak w poprzednich książkach wprowadza słaby wątek oniryczny, ale na szczęście w powieści dominuje trzeźwe spojrzenie dilera, który chętnie dzieli się detalami swej profesji. Grudniowa Warszawa, w której rozgrywa się dramat Jacka, dobrze schłodzi rozgrzane głowy, a prześwietlenie marności stolicy, miasta upadłego, dziwnie współbrzmi z międzywyborczymi nastrojami. Reprezentant młodego pokolenia (ur. 1983 r.) wystawia prawdziwie gorzki rachunek za te 25 lat wolności, które swym atutem chciał uczynić w kampanii wyborczej Bronisław Komorowski, a diagnoza postawiona w „Radiu Armageddon” — młodzieńczej powieści Żulczyka — uzyskuje w „Ślepnąc od świateł” jeszcze dojrzalsze artystycznie dopełnienie. Żulczyk, po mniej udanych powieściach gatunkowych, powraca w znakomitej formie, a wydawnictwo Świat Książki na fali jego popularności wznawia wspomniane już, poprawione „Radio Armageddon” — sugestywną rzecz o licealnej przygodzie, którą zgredy mogą sobie zestawić z „Madame” Antoniego Libery. Niby ten sam mit fantastycznego życia w liceum, gdy młodzi geniusze budzą miłość w nauczycielkach, gdy wszyscy świetnie się zapowiadamy i nosimy w sobie niesamowity potencjał. Koncept ze szkolnym występem, ale jakże inny tu bunt! Tam „Hit the Road Jack”, tutaj charkot, jazgot i totalna anarchia. Zachłyśnięcie się własną genialnością i niepowtarzalnością, klimat tęsknoty za traconą młodością, ale przecież jakże inna opresja, inny system, inne „No future!”. Dobrze, już kończę, ale miała być propozycja na lato, więc daję drugą w pakiecie. Żulczyka naprawdę warto poczytać.

„Do Rzeczy” 29/2015,

Andrzej Horubała „Byliśmy tacy zakochani”, NCK, Fronda, Warszawa 2018

Leave a Reply