dokument

Tokarczuk powraca

By 11 października 2019 18 listopada, 2019 No Comments

Ciężko, ciężko się zabrać za Olgę Tokarczuk i jej „Księgi Jakubowe”. Odstrasza przecież nie tylko rozmiar książki: 900 dość gęsto zadrukowanych stron, ale przede wszystkim poprzednie doświadczenia czytelnicze. Jej „Prawiek i inne czasy”, wzięty zrazu za objawienie młodej polskiej literatury, traktowany jak powiew wolności od wyświechtanych schematów, pokaz nowego początku i możliwość zerwania z obligami literatury narodowej, po pewnym czasie jawiący się jako wtórne wobec Garcíi Márqueza robienie realizmu magicznego à la polonaise, naiwne, puste, pretensjonalne. A przecież potem z Olgą Tokarczuk było jeszcze gorzej: okrzyknięta przez lewicową krytykę jedną z czołowych pisarek-modernizatorek popełniała dzieła kuriozalne, które wespół z jej zaangażowaniem w działania „Krytyki Politycznej” zdawały się na zawsze wykluczać ją z kręgu ludzi sensownych.

Zwichnięcie talentu

Ciężko się zabrać do Olgi Tokarczuk, tym bardziej że jej promotorzy są dość osobliwi. Oto w studiu TVP Kultura w programie „Niedziela z…” obok pisarki siada jak gdyby nigdy nic grono osób związanych z lansowaniem „ości” Ignacego Karpowicza. Jest prof. Przemysław Czapliński, który na okładce tej opowieści z życia warszawskich hedonistów homo i hetero umieścił blurba z zachwytami nad konceptem poszerzania rodzin przy pomocy wiarołomstwa, jest Kinga Dunin, główna bohaterka skandalu z udziałem pisarza, jest wreszcie Kazimiera Szczuka, jak zawsze gotowa do zachłystywania się jakimiś z emfazą wypowiadanymi sloganami. Program więc wygląda groteskowo: poza prowadzącą — elegancką Agnieszką Szydłowską ze starannym gładziutkim makijażem — i reżyserką Marią Zmarz-Koczanowicz, wszystko jakby na szyderstwo ustawione. Co za hucpa!

Operatorzy ze swymi kamerami skryci za ażurową scenografią zrobioną z żarówek, zdradzający swą obecność bezsensownymi ruchami na ujęciu, kłują w oczy mniej niż te buzie naszych intelektualistów, którzy przecież po blamażu związanym z Karpowiczem powinni zaszyć się w jakiejś mysiej dziurze, przemyśleć swoje postępki, zrewidować swe nowomodne z łatwością ferowane sądy. Milczeć, milczeć, milczeć. Ludzie kochani, zastanówcie się, co wynika ze sprawy Karpowicza, zdobądźcie się na odrobinę autorefleksji, bo przecież życie zakpiło z was i wystawiło rachunek za bzdury, którymi karmicie publiczność! Czy nie widzicie swojej śmieszności, gdy napuszeni znowu uruchamiacie swe słowotoki pełne banalnych zbitek czerpanych z baumanowych krynic?

Ale gdzie tam! Przecież mają nasi milusińscy certyfikat salonu na meblowanie w głowach Polakom, to i Olgę nam spreparują tak, by jej powieść stała się kolejnym ogniwem modernizacji Polski. I już słyszymy z profesorskich ust opowieść o niegotowym świecie i niegotowym Bogu, już mamy jakieś dyskursy o wykluczonych i zachwyty nad zobrazowaniem ciężkiej doli chłopa pańszczyźnianego. Nie wiadomo, kto kogo w tym studiu wspomaga. Czy to czasem nie jest wieczór promocyjny naszych nieszczęsnych krytyków, którzy faktycznie pogubili się i teraz oto Olga podaje im pomocną dłoń i przyznając się do związku z nimi, wyciąga z otchłani kompromitacji.

Ale przecież Kazia Szczuka dziękująca Oldze za to, że podpisywała wszelkie listy protestacyjne pichcone w „Krytyce Politycznej”, czy Kinga Dunin komplementująca pisarkę i rzeczywiście wespół z Czaplińskim dopuszczona do wielkiej konfidencji z artystką, to niewątpliwe winowajczynie zwichnięcia talentu Olgi Tokarczuk przez ideologiczne miazmaty. Głupstwa, jakie pod wpływem lewactwa zaczęła robić i wypisywać Tokarczuk, skaziły ostatnie 20 lat jej twórczości i zdawały się grzebać nadzieje na to, że napisze jeszcze książkę, która będzie mogła rywalizować z „Prawiekiem…” czy najlepszymi z opowiadań.

Metafizyczny koktajl

Tymczasem przyszły „Księgi Jakubowe”. Potężna księga, fantastyczna pod względem edytorskim, opowiadająca dzieje pochodzącego z podolskiej wsi Jankiela Lejbowicza (1726–1791), znanego bardziej jako Jakub Frank — duchowego awanturnika, psychopatycznego lidera sekty odrzucającej nauki Talmudu na rzecz kabały, prowadzącego swych wyznawców do katolicyzmu walczącego o stworzenie autonomicznej republiki ochrzczonych żydów czy to na terenie Rzeczypospolitej, czy na zachodzie Europy. Gigantyczna praca, jaką podjęła Olga Tokarczuk, zanurzenie się na lat kilka we wzajemnie sprzecznych relacjach, odszyfrowywanie skłamanych często świadectw, zaowocowało stworzeniem olśniewającej powieści. Powieści historycznej, w zasadzie dokumentalnej, kronikarskiej, w której autorka powściągnęła swój talent kreacyjny w imię fascynacji prawdziwymi dziejami, przekraczającymi ludzką wyobraźnię. Koncepty, by wyzwolenie od prawa Mojżeszowego uzyskać przez świadome przekroczenia, dewiacje, jakim hołdowali lider sekty i jego zaufani: seks traktowany jako element dziwacznych obrzędów będących prefiguracją mistycznego zjednoczenia, jakieś kompletnie odjechane koncepty związane z mesjanizmem, gdzie pomieszane zostało marzenie o triumfie doczesnym z perspektywą eschatologiczną, handel i prywata obok religijnych wzlotów — cóż, to wszystko jakby czekało na Olgę Tokarczuk, która przecież dała się poznać jako koneserka wszelkiej maści herezji, podróżniczka w krainę religijnej wyobraźni i dowolności, autorka smakowicie przyrządzająca metafizyczne koktajle.

I oto dostajemy opowieść o Jakubie Franku oraz jego prawdziwym, acz nieprawdopodobnym żywocie. Przenosimy się wraz z bohaterem na najdalsze kresy Rzeczypospolitej, odwiedzamy wołoskie wsie i tureckie tętniące handlem miasta, jeździmy z towarem, w karczmach i na targach uczestniczymy w teologicznych debatach, by potem otrzeć się o dwór cesarski i na koniec zawładnąć miasteczkiem nad Menem.

Jesteśmy świadkami wielkich dysput reprezentantów sekty z ortodoksyjnymi żydami, toczonych w lwowskiej katedrze pod auspicjami biskupów, zdradzieckiego oskarżenia przez frankistów swych dawnych współbraci z synagogi o rytualne mordy chrześcijańskich dzieci. Rejestrujemy przejście Franka na islam, podwójny katolicki chrzest, przybieranie nowych polskich nazwisk przez frankistów, otrzymywanie herbów szlacheckich i późniejsze 13-letnie internowanie Jakuba w jasnogórskim klasztorze, z wyroku sądu, który nie dał wiary deklaracjom o szczerości nawrócenia na katolicyzm i zdemaskował go jako fałszywego przechrztę, a uwięzienie przecież dziwaczne, jakby symbolicznie wskazujące na lidera sekty jako prawdziwie namaszczonego. Któż z proroków nie wymarzyłby sobie aresztu w duchowym centrum katolicyzmu obok oblicza Czarnej Madonny, która przecież dla frankistów wiązała się z objawieniem Bożej Obecności — szechiny w postaci kobiecej. Późniejsze spotkanie w częstochowskiej twierdzy z Kazimierzem Pułaskim i konfederatami barskimi, wyzwolenie z rąk moskwicina, wyjazd na Morawy, odbudowywanie potęgi u boku cesarza Austro-Węgier, któremu Frank będzie stręczył własną córkę, zresztą wykorzystywaną seksualnie wcześniej przez samego siebie. Liczne kryzysy w sekcie, zdrady, zwątpienia, zmiany mesjańskich koncepcji, budowanie przez zbankrutowanego Lubomirskiego mundurowanej na polski sposób zbrojnej gwardii, będącej zapowiedzią żydowskiej republiki przechrztów. Sprawy niesamowite, biografie kapitalne, że co chwila chce się oderwać od lektury i z płonącymi uszami upewniać się w Internecie, że to wszystko fakty, że całość to autentyk.

Mosze Dobruszka alias Thomas von Schönfeld albo Junius Brutus Frey — kuzyn Franka, w pewnym momencie przewidywany nawet na jego następcę, uszlachcony Austriak, włączający się w rewolucję francuską i ginący na szafocie. Zbiorowe, może nawet wielotysięczne nawrócenia na katolicyzm i fascynacja arystokracji ruchem żydowskim. Zaangażowanie hierarchii kościelnej w ten millenarystyczny w niektórych wymiarach ruch. Trochę zabaw literackich. Wątek Benedykta Chmielowskiego, autora „Nowych Aten”, pierwszej polskiej encyklopedii zanurzonej w przedoświeceniowym świecie, dyskretne sygnały dotyczące źródeł mickiewiczowskiej wyobraźni religijnej — zalążki, okruszki Wielkiej Improwizacji, widzenia ks. Piotra, odnajdywane w żydowskich przekazach i proroctwach, no tak, przecież to wspólne nasze korzenie: mesjanizm żydowski i polski, nie da się zaprzeczyć. Ale autorka jest powściągliwa i zafascynowana autentyzmem rekonstruowanych dziejów, daje przemawiać historii.

Jazgot lewej strony

Tak, jest powściągliwa. Dość zestawić jej „Księgi Jakubowe” z „Moliwdą”, rozbuchaną prozą Andrzeja Żuławskiego wydaną w roku 1994. Niezwykła, grafomańska, szaleńcza, barokowa jak zwykle u tego reżysera i nieodpowiedzialna jazda po bandzie. Opowieść o Jakubie Franku i jego sekretarzu, powierniku — Antonim Kossakowskim, kończącym na dworze Stanisława Augusta i wydającym broszurki sławiące warszawskie kurwy i kurewki. Erupcja słowolejstwa, przerysowanych sądów, potok skojarzeń i hucpiarskich uogólnień, popisów pseudoerudycji pełnej kiksów, niedokładności, zwykłych fałszerstw, przyjmowania plotek za pewniki i wysnuwania z tego daleko idących wniosków, galopada myśli, apodyktycznych sądów, skojarzeń, złośliwości, prywatnych odwetów i strojenia się w szaty konesera… Ale przecież do tego prowokuje Frank dziki, wariacki, z ideami przekraczania Prawa dla wyzwolenia się z judaizmu, z grzechami czynionymi świadomie, nie tylko z pożeraniem wieprzowiny, ale i z seksem bezwzględnym, publicznym, nieliczącym się z uczuciami, z poniżaniem kobiet, z orgiami sakralnymi, kazirodztwem i pederastią. To fascynuje Żuławskiego i za te fascynacje przecież go skrycie kochamy. Za tę twórczość będącą jakąś literacką pornografią, czymś grzesznym, obrzydliwym, wstrętnym, nieokiełznanym. I przecież tacy jawić się mogli Frank i jego gromada.

Owszem, Tokarczuk traktuje go powściągliwie, jak pisałem — żywioł kronikarski tłumi emocje, jakby pisarka chciała pozostać pokorna wobec i tak rozbuchanej biografii. Opisuje go z zewnątrz, rejestruje zmienne stany świadomości towarzyszące religijnym przesileniom, obserwuje oczyma innych brutalne postępowanie z kobietami — nakazy współżycia z innymi mężczyznami, zmuszanie dziewcząt do obnażania się, publiczne kopulacje — to wszystko, co dla Żuławskiego było niesamowitym zapalnikiem, katalizatorem, ona stara się traktować z dystansem, powściągliwie, rozkręcając się tylko tam, gdzie może sobie poteologizować i przywołać klimaty, w jakich inteligencja polska spod znaku „Tygodnika Powszechnego” rozsmakowywała się w latach 80. Opowieści cadyków, mądrościowe anegdoty, znana z „Natana mędrca” Lessinga legenda o pierścieniu dla trzech synów, który rozmnożony na trzy symbolizuje trzy wielkie religie monoteistyczne, przypowieść o perle tak drogocennej, że żaden z wybornych jubilerów nie chciał jej obrabiać, aż musiał to zrobić najprostszy szlifierz, który nieświadomy jej wartości bez drżenia wierci w niej otwór — znane, niezobowiązujące smaczki dla salonowych odbiorców.

Czytam więc Tokarczuk, ale niestety w jej odbiór już wdziera się jazgot lewej strony, już słyszę, jak prof. Czapliński opowiada mi o Franku jako bohaterze jakiejś narracji emancypacyjnej, jak próbuje wtłoczyć tę fascynującą niejednoznaczną przerażającą przecież opowieść w ideologiczny gorset, już słyszę o prześladowaniu chłopów, o antysemityzmie, o nowoczesności. To, co szalone, olśniewające, psychopatyczne, będące jakimś niesamowitym połączeniem genialnych intuicji religijnych z ludzką słabością, co wielobarwne i intrygujące wprzęgane jest w dyskurs ideolo.

Nieznośna, lecz powściągliwa

Owszem, Olga Tokarczuk bywa nieznośna, jej działania na forum publicznym napawać mogą niesmakiem, ale w „Księgach Jakubowych” zachowuje powściągliwość, stara się być wierna duchowi historii, nizać fakty, zdarzenia, delektować niejednoznacznością. Owszem, jej brak zaufania do katolicyzmu nie pozwala na zachwyt cudem, jakim było przejście na prawdziwą wiarę tylu potomków Abrahama, którzy w Starym Testamencie ujrzeli zapowiedź Chrystusa Mesjasza. I przecież może nawet wbrew rachubom Franka i jego szalonym konceptom stali się niezwykłymi uczestnikami katolickiego uniwersum. Owszem, na to Tokarczuk nie stać, bo i z innej parafii jest. Okaleczona swoją tendencją do estetyzowania religii, dająca upust swoim fantazjom, mnożąca ponad miarę popisy niby to bogatej wyobraźni literackiej, jak gdy jednym z bohaterów opisujących nam świat czyni ducha na wpół umarłej babki Jakuba Franka, Jenty, poczętej zresztą w wyniku kozackiego zbiorowego gwałtu… Ale przecież nawet ta manieryczna opowieść o babce, której zwłoki ukryte w jaskini powoli zamieniają się w kryształ, wieńczona jest tak wstrząsającym obrazem z czasów II wojny światowej, że wycofujemy pretensje wobec Tokarczuk, by zadumać się nad skomplikowanymi losami naszych narodów. Wszystko układa się w fascynujący wielobarwny obraz, wymykający się ideologicznym schematom. Ale oczywiście nie dla Przemysława Czaplińskiego, który już ujmuje świat Jakuba Franka w kategorie jakiejś płynnej nowoczesności i opowiada nam o Bogu tworzonym przez człowieka. I na koniec, żeby już zupełnie zepsuć radość lektury, proponuje nam postawić Olgę Tokarczuk obok niepoprawnej politycznie sienkiewiczowskiej „Trylogii”. Żenada. Czytajmy Tokarczuk, znając ograniczenia jej talentu, zachwycajmy się „Księgami Jakubowymi”, nim ideolodzy do cna zniszczą nam satysfakcję zgłębiania przedziwnych losów Jakuba Franka.

© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone „Do Rzeczy” 46/2014

Leave a Reply