Bez kategorii

Wyjście z domu niewoli?

By 13 kwietnia 2018 18 listopada, 2019 No Comments

Mikołaja Grynberga „Księga wyjścia”. Rozmowy z marcowymi emigrantami. Tymi młodszymi, którzy wzrastali już w komunistycznej Polsce. Z dzieciństwa pamiętają kamienie lecące w ich stronę, gdy w niedziele zmierzali do żydowskich szkół, pamiętają wyzwiska, gdy w polskich szkołach nie chodzili na religię, a na koloniach do kościoła na msze. Przytaczają napisy, jakie pojawiały się na ich drzwiach i klatkach schodowych: „Żyd kurwa, mieszkania 6”, „Tu mieszka hołota, Żydzi” czy na szkolnej ławce: „Tu siedzi parszywa żydówa, wyjeżdżaj do Palestyny!”. Wspominają bójki z rówieśnikami i upokorzenia ze strony katechetów czy obrazek, jak w 1968 r. „tata położył siekierę tuż przy wejściowych drzwiach”. Pamiętają też bogate kolonie TSKŻ sponsorowanie przez Joint (American Jewish Joint Distribution Committee), gdzie można było najeść się za wszystkie czasy i nikt nie wyzywał od żydków.

Dzieci stalinistów

Niechętnie opowiadają o zaangażowaniu ich rodziców w budowę komunizmu. Jeden nieporuszanie tego tematu stawia jako warunek sine qua non rozmowy, inni zatapiają temat w anegdotach lub gorzkich żartach.

Posłuchajmy dialogu Violi Wein z autorem:

Ojciec był ubekiem do 1956, szycha nie z tej ziemi — Adam Wein z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. On jeszcze żyje, ma sto lat. W 1956 zorientował się, że za dużo protokołów z przesłuchań podpisał. Możesz się domyślić, co się potem z tymi ludźmi działo.
– Co się działo?
– Nie bądź taki mądry. Każdy może się domyślić — komunizm był budowany!

Albo wspomnień Piotra Fejgina:

To nie jest proste być synem jednego z trzech Żydów. Romkowski, Różański i Fejgin jeszcze w PRL-u zostali instrumentalnie uznani odpowiedzialnymi za beriowszczyznę w Polsce. […] Dla dobra PZPR. Ojciec kiedyś nazwał to zjawisko »parch pro toto«. Ponoć określenie się przyjęło.

Ponure dzieje Józefa Krakowskiego, jednego z szefów UB, zostają skwitowane historyjką o tym, że odbił Moczarowi dziewczynę i jakoby sprowokował tym wybuch antysemityzmu i cały ten Marzec, „jak z mitu o pięknej Helenie, tyle że o pięknej Henryce”.

Czułam — wspomina inna rozmówczyni Grynberga — że mamy uprzywilejowaną sytuację. Mieszkaliśmy w alei Przyjaciół, tata był posłem na Sejm…

Ta emigracja była rzeczywiście wyjątkowa. Jak pisze Dariusz Stola w precyzyjnym „Kraju bez wyjścia”: „Spośród 998 emigrantów rencistów aż 204 otrzymywało przed wyjazdem renty specjalne za szczególne zasługi dla PRL. W żadnej fali emigracji z PRL nie było tak wielkiego udziału byłych członków aparatu władzy i establishmentu”.

Złowrogie postaci, nazwiska budzące przerażenie u polskich patriotów, instalowanie w naszym kraju nieludzkiego systemu, który 20 lat później wywołując antysemicką nagonkę, pożre własne dzieci i uderzający brak refleksji na ten temat u potomków stalinowskiej elity, korzystających z przywilejów nomenklatury. A przecież przy lekturze Grynberga gdzieś w tyle głowy wciąż brzmią słowa mistrza Stefana Kisielewskiego z nieocenionego „Dziennika” (18 sierpnia 1968 r.): „Jak już się trafi Żyd głupi, to taki głupi, że aż hej! I potem się jeszcze dziwią, że za takiego jednego płaci stu. Są przecież narodem, a nie przyznają się do tego przed samymi sobą i dlatego okrutna odpowiedzialność zbiorowa tak ich potem zaskakuje i dziwi. Po wojnie mówiłem im tak: Jeśli czujesz się Żydem, to jedź do Palestyny, a jeśli czujesz się Polakiem, to nie daj się używać do budowania sowieckiego komunizmu. Nigdy mnie nie słuchali — i oto skutki! Żal mi ich, choć głupich trudno żałować”.

Przełom marcowy

No tak, z tym że — zgodnie ze strukturą społeczną emigracji marcowej — wielu spośród rozmówców to dzieci zwykłych rzemieślników, szarych obywateli niepretendujących do żadnych tam elit władzy, czasem nawet nieświadome żydowskich korzeni. Chronieni przez rodzinę, o swym pochodzeniu dowiadują się od przechodniów, kolegów z piaskownicy, szkolnej ławki, od fryzjera. Dociera do nich, że język, jakim porozumiewają się czasem rodzice, to — wbrew ich zapewnieniom — żaden francuski, a nos, kształt powiek dla czujnych obserwatorów z Łodzi od dawna nie pozostawiały wątpliwości co do ich pochodzenia.

Czasami żartują z wyglądu: „Moja mama wyglądała jak Czech. Wiesz, nie jak jeden Żyd, ale »czech Żydów«”. Kolejny rozmówca: „Miałem bardzo antysemicką urodę. […] Byłem blondynem”.

Dużo opowiadają o świadomości, kto Żyd, a kto nie Żyd. O maskowaniu i rozpoznawaniu się. O ludziach, którzy do sześćdziesiątego ósmego — czasem wbrew doskonale zorientowanemu otoczeniu — nie wiedzieli o swym pochodzeniu. „To Marzec zrobił ze mnie Żyda” — mówi jeden z bohaterów książki, odtwarzając, jak wypierał ze swej świadomości ewidentne znaki przynależności.

Ktoś wspomina krewnego do końca ukrywającego przed wszystkimi, nawet przed własnymi dziećmi, żydowską tożsamość: „Jak wujek umarł, to jego żona obróciła mu kalesony tył na przód. Że niby przez pomyłkę, ale rozporek miał być z tyłu, żeby kiedy będą go ubierać, nie zauważyli, że jest obrzezany”.

Porażające losy polskich Żydów, traumy i wielkie obszary tabu. Dotyczące Zagłady, dotyczące stalinizmu. W roli ofiar i w roli oprawców. I oto przychodzi Marzec, i z nich wszystkich robi Żydów. Nieodwołalnie, bez jakichkolwiek wątpliwości, jednoznacznie, wyłącznie.

Grynberg detalicznie odtwarza wyrzucanie z pracy, ze studiów, notuje ich rozmowy z przełożonymi, urzędnikami. Cierpliwie rejestruje szczegóły związane z pozostawianiem mieszkań wraz z odwiedzinami przyszłych lokatorów i ich pretensjami dotyczącymi pożydowskiego wkrótce mienia („pani narzekała, że łazienka jest za mała”), rekonstruuje listę zakazanych przedmiotów, których nie wolno wywieźć z kraju, przywołuje fenomen liftów, czyli drewnianych skrzyń zbijanych na miarę na zabierany dobytek… Utrwala różne zachowania tych, którzy pozostają. Lęk znajomych przed pożegnaniami na Dworcu Gdańskim albo przeciwnie — głośne rozstania, oddalanie się w oparach wódki, w kompletnym pomieszaniu.

Dramaty starych rodziców: zbyt starych i niedołężnych, by podjąć trud i niepewność emigracji, albo też tych, którzy wbrew wiekowi wkraczają na drogi wygnania. Szczucie propagandy, szczucie sąsiadów, nagły mur niechęci i pustka. Ale także inne postawy: Żydzi, którzy zostają — bagatelizujący polski antysemityzm, liczący, że to wzmożenie minie i jakoś da się żyć w PRL. Jedni swe pozostanie wiążą z misją — walki o lepszą Polskę, solidarni z wciąż więzionymi liderami protestu, inni obarczeni są obowiązkami wobec najbliższych, tak jak wyłaniająca się ze wstrząsającego finału jednej z rozmów matka niepełnosprawnej córki wychowywanej w tajemnicy przed rodzeństwem w zamkniętym ośrodku. Wiele, wiele sekretów, które nagle ujawnione przez Marzec wywracają bohaterom życie i każą przewartościować cały swój świat. Próby przyjaźni, próby miłości.

Przenosząc wywiady na papier, Grynberg dba o stylistyczne zróżnicowanie wypowiedzi. Eksponuje wybuchowy charakter jednych rozmówców, oddaje rzeczowość innych, pozostawia obszary nieciągłości, językowe potknięcia. Pokazuje kapitalnie ekspansywną żywiołowość Perły Kacman reprezentującej tych, którzy zostali, rozwibrowanie Violi Wein, stanowczość Anny Frajlich-Zając („Zawsze byłam Polką. W sensie kulturowym nie mam innej tożsamości. Ale Polska nie jest moją ojczyzną, moją ojczyzną jest język polski”) czy pyszną nonszalancję Lidii Zając (Co ma do powiedzenia Polsce? „Thank you, fuck you very much”).

Marzec bez końca

Jego książka nie zmierza ku jakiemuś jednoznacznemu uogólnieniu. Z otchłani smutku, żalu i złości wyłaniają się czasem buńczuczne deklaracje o emigracji jako wykorzystanej wielkiej szansie samorealizacji czy pochwały Izraela bądź judaizmu jako właściwych, wreszcie odnalezionych portów.

Dwadzieścia siedem wywiadów, w tym dwa (szkoda, że tak mało!) z ludźmi, którzy zostali, przeplatanych jest krótkimi fragmentami rozmowy autora z ojcem. Niewiele może ona wnosi do samego dzieła, ale pokazuje autora (rocznik 1966) jako jednego z bohaterów marcowych zawirowań i współnosiciela traumy.

Ale przecież Grynbergowie i bez tego pojawiają się w rozmowach z emigrantami. Część z nich to przyjaciele rodziny, znajomi i znajomi znajomych. Widać, jak przekazują sobie autora w sztafecie, jak dzięki poleceniom, rekomendacjom Mikołaj zyskuje ich zaufanie i skłania do zwierzeń. Inna jest w tych rozmowach temperatura niż w wydanych dziesięć lat wcześniej relacjach spisanych przez Teresę Torańską w książce „Jesteśmy. Rozstania ’68”. Bo i bohaterowie starsi o dekadę. Podsumowują swe życie, opowiadają o straconych złudzeniach, szerzej otwierają się na młodszego interlokutora.

Oczywiście, opowieści przepuszczane są przez filtry zbiorowych narracji, publicystycznych ujęć, ideologicznych uogólnień. Rozmówcy nawet nieświadomie korzystają z matryc, chętnie wiktymizują siebie, ale też zagłuszają wątki, które mogłyby służyć narracji antysemickiej. Kontrolują się przecież, wiedzą, że niby rozmawiają jak Żyd z Żydem, ale rozmowa ta będzie sprawą publiczną. Mimo to pełno tu intrygujących wspomnień, soczystych anegdot, ale też zapoznanych spraw: bogactwo życia kulturalnego polskich Żydów przed 1968 r., niespodziewane dla mnie świadectwa jawnego kultywowania — rozwodnionego, ale jednak! — judaizmu przez komunistycznych aparatczyków, posyłających służbowe auta po mace na święto Pesach, obrazy przepychanek między dawnymi kumplami z MBP.

„Księga wyjścia”, choć pokaźna, bo licząca 400 stron, pozostawia pewien niedosyt. Grynberg wciąż mający w zanadrzu serię pytań wytrychów (kim się czujesz — polskim Żydem? Polakiem o żydowskich korzeniach?) zdaje się nie pozwalać swoim bohaterom na samodzielne rozwinięcie refleksji na temat powikłanego żydowskiego losu i żydowskiej specyfiki. No tak, ale to zastrzeżenie płynie z ciekawości rozbudzonej przedstawionymi losami, na dopełnienie przyjdzie może czas przy okazji następnej książki, bo autor najwyraźniej zasmakował w odtwarzaniu splątanych dziejów swych ziomków.

Puentą książki jest kolejny fragment rozmowy autora z ojcem i pytanie, kiedy skończył się Marzec. Odpowiedź, że „jeszcze się nie skończył”, brzmi efektownie i robi za mocną kodę, ale jednocześnie przecież taki prezentyzm stanowi zagrożenie dla jubileuszowych narracji. Ale o nich — przy kolejnej okazji.

© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone „Do Rzeczy” 12/2018

Leave a Reply