KRZYSZTOF KOEHLER – MĘSKIE WINY
Zbiór siedmiu nowel Andrzeja Horubały Incydenty mógłby się stać obowiązkową lekturą wszystkich tych osób obojga czy większej liczby płci, które interesuje naruszanie, podważanie czy szukanie pęknięć w hegemonistycznym, lecz wyraźnie już walącym się w gruzy dyskursie męskodominacyjnym.
Z tego też powodu i zważywszy na to, jakie tendencje przeważają obecnie w edukacji czy naukach humanistycznych, zalecałbym tę książkę (a na pewno jedno z opowiadań – Hankę) jako lekturę instruktażową, szczególnie dla tych, którzy usiłują znaleźć odpowiedź na pytanie o ukrytą i zasadniczą przyczynę kobiecej frustracji w sferze publicznej, frustracji objawiającej się słynnym jednoczącym (je) zawołaniem, wyzwalającym wezwaniem, a może i subtelnym wyznaniem: „ w y p i e r d a l a ć”.
Mało kto tak jak Andrzej Horubała potrafił tak bezceremonialnie wskazać sedno: przyczyną budzącą frustrację była… męska wina, w tym konkretnym przypadku naturalna krzywda, którą mężczyzna zadał kobiecie i ich wspólnemu (tak się złożyło, że żeńskiemu) potomstwu – zdobyć, zapłodnić, po czym pozbyć się kłopotu i balastu, ruszając dalej w świat.
Na kartach Incydentów jest jednak znacznie więcej opowiadań o upadku mężczyzny. Kogo bowiem tu mamy?
Zakonnika-celebrytę, któremu przytrafia się w wieku dojrzałym poważny kryzys wiary, męża, który zostawia żonę z dzieckiem, bo stają się za wielkim balastem w karierze, odrażającego młodziaka-biznesmena, który w okresie transformacji zdobywa fortunę i staje się wspólnikiem mafiozów, koleżkę, co się dorobił i stara się tym zaszpanować dawno niewidzianej fryzjerce, cynicznego prawnika obsługującego media czy wreszcie męża-zdrajcę, kolejnego wypalonego księdza (tym razem proboszcza) i studencika, który ma apetyt na wykładowczynię.
Straszny świat, w którym w większości rządzą reakcje rodem z męskich pogaduszek przy wódce czy piwie: użytkowe podejście do kobiet („mięsa, mięska”, jak powiada jeden z bohaterów), zdrada, pycha, skupienie jedynie na sobie i na swojej karierze, bezduszność, cwaniactwo – świat jeżdżący dobrymi samochodami, jadający w drogich knajpach, pachnący nie najtańszymi perfumami. No i koniecznie pijący drogie alkohole. Noszący markowe ciuchy, czy to sportowe, czy na co dzień (nie mówiąc już o męskiej biżuterii).
A kobiety?
Matka Hanki (i sama Hanka) – skrzywdzona. Ptasia – wykorzystana i porzucona. Fryzjerka – traktowana przez bohatera jak lustro (ma zobaczyć w jej oczach podziw, po to mu potrzebna), żona zostawiona dla młodszej – niezrozumiana, niedopieszczona, porzucona; młodsza – słodkie ciałko, ale jednak nie taki intelekt i osobowość. Kobiety w opowiadaniu o mecenasie? O, one są ofiarami męskiej brutalnej agresji, a dodatkowo jeszcze stają się ofiarami serwowanej przez mężczyzn narracji sukcesu, który nakazuje przełknąć brutalną napaść w imię kariery.
Podwójne uwięzienie: w męskiej dominacji fizycznej i jednocześnie w męskiej narracji o karierze.
Problem jest z Horubałą jednak taki, że jeśli jego opowiadania miałyby pasować do antyszowinistycznego kanonu, to wypadałoby je nieco… przerobić. A może w jakichś uwagach wstępnych uprzedzić czytelników (czy czytelniczki), by skupili/ły/ło się tylko na wątku dominacyjnym, a ten drugi, który się ujawnia w Horubałowym pisaniu, łaskawie pomijali, jak uczyniłem to ja – redukując teksty do wymiaru przemocowego.
Moglibyśmy jeszcze od biedy dyskutować wątek historyczno-obyczajowy, portret naszych czasów i miejsc, owe szybkie jak cięcia brzytwą odniesienia do czasów transformacji i do czasów nam bliższych, portret jakiejś męskiej generacji (a może i de-generacji), a przynajmniej tej jej części, która zamieszkawszy większe miasta, robiła pieniądze, karierę lub jedno i drugie. Nie za darmo – za cenę upadku.
Horubała bowiem, co jest jego specialite de la maison, potrafi szkicować niezwykle celnie różne środowiska (inna rzecz, że z reguły wielkomiejskie): uniwersyteckie, medialne albo biznesowe. Myślę, że wielu z czytelników (mężczyzn) Horubały w tych precyzyjnie, ale zarazem zdawkowo podawanych kontekstach się odnajdzie. Albo będzie w nich umiało zobaczyć swoich znajomych w ich drodze do upadku.
A ten nieszczęsny wątek, który mógłby niepotrzebnie odciągać uwagę od rzeczy społecznie i kulturowo słusznej, ba, zasadniczej?
Czy dałoby się go jakoś… zmarginalizować?
Na pewno nie da się tego uczynić w pierwszym opowiadaniu, czyli opisie duchowego upadku wziętego duchownego-celebryty, który w iście augustiański sposób staje się ofiarą swego pragnienia uzyskania pewności wiary. Owszem, uzyska ją, lecz cena, którą za to płaci, jest niesamowicie bolesna.
Trudno też byłoby zmarginalizować ów wątek w opowiadaniu ostatnim, gdyż stanowi ono oś kompozycyjną całości (jest przyczyną rozwiązania akcji). Również w opowiadaniu Hanka, z którego w antologii tekstów o przyczynach „gniewu kobiet” nie można zrezygnować. Stanowi on bowiem istotę paradoksu, na fundamencie którego skonstruowana została tytułowa bohaterka, uderzająca bez pardonu i litości w antyaborterskie manifestacje, a zawdzięczająca swoje przyjście na świat właśnie wstawiennictwu i całkiem konkretnej pomocy antyaborterów. I kiedy bliżej wnikniemy we wszystkie te opowiadania, to okaże się, że wątek ów jest właściwie osnową, na której wszystkie te opowieści są budowane.
Zgoda: mężczyźni w nowelach Horubały ukazani są jako osoby upadłe, jednak siłą prozy autora Umoczonych jest taka konstrukcja świata przedstawionego, w której mimo tego całego zła i krzywdy nie traci się z pola widzenia (na poziomie narratora, niekoniecznie na poziomie światopoglądu bohaterów) perspektywy metafizycznej. W tle, we wspomnieniach, w działaniach innych osób (nawet w świecie wypalonego do cna cynizmem i materialnością mecenasa) wciąż pojawiają się akcenty „nie z tego świata” mimo upadku, którego opisaniem trudni się autor.
Bo Andrzej Horubała patrzy na świat absolutnie bez uprzedzeń, resentymentów, ale też bez lęku, a przede wszystkim jest świadom, że rzeczywistość ludzka jest znacznie bogatsza, niż może podpowiadać sposób lektury, od której ten tekst się zaczął.
Tak, bohaterowie Horubały upadają, ale nie są w tym upadku sami. Nie są też na upadek skazani, z tej przyczyny, że w każdym z nich zaszczepiony został jakiś promyk światła. Jeśli nawet został stracony, rozwalony, przysypany – i tak zawsze mogą się do niego odwołać, szukać siły do podźwignięcia się z upadku, w którym się znajdują.
Całkiem słusznie krytycy zauważają opowiadanie Epizod: z moralnej degrengolady, której uczestnikiem mecenas był przez wiele lat, już nie ma odwrotu, bo nawet jego próba otrząśnięcia się z upadku już nic nie zmienia.
To chyba najbardziej smutne opowiadanie.
Ale jest to tylko jedno z siedmiu w tomie zamieszczonych. Można je uznać za rodzaj przestrogi: w destrukcji i niszczeniu bliźnich można pójść za daleko.
Zaskakująca to perspektywa: nie wszystko jeszcze roztrwoniliśmy z dziecięcej ufności, jest jeszcze kara, która na sposób Fiodora Dostojewskiego może nas w ostatniej chwili ozdrowić, i są inni, którzy mimo naszego upadku mogą nam pomóc się z niego podnieść. Wątek ów (czy raczej osnowa) powodują, że opowiadania Horubały zupełnie nie są takie, jak się mogły na pierwszy zaangażowany społecznie czy kulturowo rzut oka wydawać. Owszem, autor opisuje rzeczywistość nikczemników (w większości ludzi słabych czy uwikłanych, uwięzionych w formie opresyjnej, krzywdzącej innych męskości). Ale – choć diagnoza społeczna jest tu niezwykle istotna – Horubała na niej nie poprzestaje, nie redukuje bohaterów do pionków na szachownicy narracji krytycznej. Każdy jest kimś większym nawet niż zło, którego dokonuje.
Jakby mówił za swoich bohaterów: „Narobiliśmy wiele zła, ale być może nie staliśmy się jeszcze jego zakładnikami…”.
„Twórczość”, 2025:2