KRZYSZTOF WOŁODŹKO – ESCHATOLOGIA I TRANSFORMACJA. Opowiadania Andrzeja Horubały
Eschatologia, transformacja, blichtr stołecznego świata, ambitni prowincjusze, skorumpowani patrioci, zmęczeni sobą księża, styk wielkiej polityki i brudnego biznesu, małe cuda i jeszcze mniejsze miasteczka, cynizm show-biznesu, tragifarsa ludzkich namiętności, przemiany społeczne idące w poprzek porozbijanych rodzin. I ledwo zaznaczona, lecz wciąż widoczna nadzieja na Bożą łaskę. Andrzej Horubała od lat opowiada o Polsce wbrew literackiej, mainstreamowej sztampie. Wrzucony do szuflady z napisem „prawicowy autor” mówi „Nowemu Państwu”: „Nie wstydziłbym się etykietki »pisarza katolickiego«, chociaż wiem, że raczej nie zagoszczę z »Incydentami« w kioskach parafialnych”.
Pod koniec 2024 roku nakładem Teologii Politycznej ukazały się „Incydenty”, zbiór opowiadań Andrzeja Horubały. Niegdysiejszy „pampers”, jak złośliwie nazywano prawicowych szefów TVP na początku lat 90.; autor kilku mniej lub bardziej głośnych książek, w których rozliczał się ze swoim środowiskiem i potransformacyjną Polską; współtwórca kontrowersyjnego cyklu dokumentalnego „System 09”, swoją ostatnią powieść, „Wdowa smoleńska albo niefart”, wydał w 2021 roku. W naszej najnowszej historii to cała epoka, naznaczona rozognionym sporem wokół aborcji, pandemią, wojną Rosji przeciw Ukrainie, zmianą władzy jesienią 2023 roku. Znaczną część tych wątków znajdziemy w kolejnych opowiadaniach składających się na „Incydenty”.
Niekiedy wyznaczają główną oś fabuły, niekiedy są życiowym tłem bohaterów i bohaterek. A może lepiej: nurtem coraz bardziej spienionych wód, nazywanych prozą życia.
X „Teraz widzimy jakby w zwierciadle”
Prawicowy pisarz? Katolicki pisarz? Jedni używają takich terminów, by żywcem pogrzebać lub na jedynie słusznych łamach zdyskredytować adwersarzy. Dla drugich są rękojmią dobra, prawdy i piękna albo ich współczesnej wersji – słuszności we własnej ideowej bańce. Dla innych to nadzieja na opowieści ku pokrzepieniu serc, polukrowane, patetyczne, poczciwe. Zapytałem Andrzeja Horubałę o „Incydenty”, miniatury współczesnej polskiej duchowości, świadectwa jej przekształcania, zanikania, przemilczania. Współczesna literatura na ogół przeocza ten fenomen, a jeśli podejmuje temat, to jako rozprawę z garbem czy wręcz przemocowością i patologiami katolicyzmu.
Autora „Umoczonych” nie da się łatwo zapisać ani do klubu radykalnie laickich, ani zdecydowanie konfesyjnych autorów. On sam rzecz widzi następująco: „Krzysztof Koehler określił moją sztukę mianem głęboko chrześcijańskiej, ale od razu zastrzegł się, że takie zaszeregowanie może dzisiaj zaszkodzić artyście. Ale ja nie wstydziłbym się etykietki »pisarza katolickiego«, chociaż wiem, że raczej nie zagoszczę z »Incydentami« w kioskach parafialnych”.
To, co dla arbitrów elegancji radykalnie świeckiej kultury jest zatęchłą bogoojczyźnianą sztampą, wdzięcznym tematem do szyderstw, dla Horubały jest treścią dramatu. Dramatu egzystencjalnego, duchowego, mistycznego być może, eschatologicznego. Tyle że „teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno”. Dobrze to uzmysławiają postaci nakreślone w „Incydentach”, dominikanin – intelektualista z „Mniszka”, starszy ksiądz diecezjalny z „Mozaiki”. W świat wpisane jest napięcie, ważność/błahość, która nadwrażliwych albo przyprawia o rozpacz, albo każe im szukać ucieczki w rezygnacji lub cynizmie. A najlepsi młodo umierają. Twarda materia doczesności, ludzkich perypetii, raczej mniejszych niż wielkich historii okazuje się butwiejącą dekoracją, zza której czasem prześwituje najważniejsze. O ile Najważniejsze w ogóle jest. Bohaterowie Horubały, choć stygną w nich serca, nierzadko wciąż w nie wierzą. Ale nie słyszą anielskich fanfar, wieści o cudach przyjmują sceptycznie, własnej wierze sprzed lat przyglądają się z rosnącym poczuciem straty. Czasem rozstajemy się z nimi, gdy po kryzysie przychodzi nadzieja. Albo daleko poza ich wzrokiem i rozumieniem znów dotyka, ledwo co muska, ich łaska. Jej świadkowie mijają zarozumialców w drzwiach kościoła, pchając wózek z dzieckiem z niepełnosprawnością – mądrość tego świata Bóg wniwecz obraca („Pluszak”). Najwyraźniej to światło, łapane przez mgnienie oka, czyni Horubałę „zbyt kontrowersyjnym” dla stołecznych salonów.
Katolicki pisarz, którego nie uświadczy się w kioskach parafialnych? Czym może gorszyć Horubała wiernych parafian, którzy o Kościele i księżach wiedzą już chyba wszystko? Pozwolę sobie na krótkie wspomnienie. W klasie maturalnej mojego katolickiego liceum w Poznaniu, gdy już właściwie było po egzaminach, ojciec rektor Bernard Hylla CR wziął nas na parudniową wycieczkę do Warszawy. Po latach odwiedziłem to miejsce, kościół przy Chełmskiej, skąd na piechotę chodziliśmy do Łazienek i znacznie dalej: nad Wisłę i na Starówkę. W domu parafialnym księży zmartwychwstańców znalazłem wówczas zakurzony egzemplarz „Mocy i chwały” Grahama Greene’a. Długo nie mogłem wyjść ze zdumienia nad powieścią, która pokazywała kompletnie nieznany mi Kościół.
Tłumaczyła rzeczy, których nie rozumiałem, i ostrzegała przed sprawami, których nie pojmowałem. Ale dzięki powieści angielskiego pisarza stało się dla mnie jasne, że katolicki autor może psuć dobry nastrój jeszcze bardziej katolickim czytelnikom. I że opowieść o wierze, choć nie chce bluźnić, może kompletnie nie pasować do poczciwych opowiastek z życia miłych w obyciu świętych, które tak lubiły pobożne niewiasty w czasach mojej młodości; do kremówkowych dykteryjek okraszających przed laty nabożeństwa majowe, a nawet do opowieści o prześladowaniach i męczeństwach – szybko zmierzających do pobożnego happy endu, byle nie psuć nastroju przy obiedzie czy kolacji w zakonnych refektarzach.
X Katolicki pisarz i „zbędni ludzie”
Katolicki pisarz może pokazać życie tak prozaiczne, pogmatwane, gorzkie i dziwaczne, jakby Boga już w świecie nie było. A gdy okazuje się, że łaska wciąż działa, to jak nikły promień światła padający na zakrwawiony kamień, stary mur, ciemny las. Opowiadania Horubały chyba nie spodobają się tym, którzy czekają anielskich trąb jako dowodu boskiej interwencji po każdym złym żarcie losu i chcieliby codziennie śpiewać Hosannę wraz z oklaskującymi Jezusa tłumami – albo wciąż wierzą, że jedną czy drugą ustawą da się zmienić III RP w naszą małą Christianitas. Pewne jest jedno. W opowiadaniach z „Incydentów” łaska wraca, godząc w większe i mniejsze interesy ludzi opętanych pychą tego żywota, czasem okrutnie kpiąc z pobożnych i bezbożnych udręk i ekstaz, podważając złe i dobre intencje ludzi wszelkich stanów, niekiedy okazując się nauczką i pomstą, jak we „Fryzjerce” lub „Ptasi i zakonnicy”, albo burząc stare schematy rodzinnych relacji i nakazując milczenie w najtrudniejszych sporach („Hanka”). Bohaterowie tych opowiadań są tak przyziemni, nieporadni wobec własnej intymności, czasem ociężali jak zestarzałe zło, a jednak zasługują na miłosierdzie.
Czy dla Jego bolesnej męki to Bóg się nad nimi i nad nami lituje? Czy Boga nie ma i niekiedy lituje się tylko pisarz? Temat w sam raz dla kulturowych katolików i postkatolików, którzy mają jeszcze gdzie drukować i tokować. Pozostańmy przy spostrzeżeniu, że dla Horubały, w odróżnieniu od jego kolegów i koleżanek z mainstreamu, tak przedstawieni ludzie nie są obiektem szyderstw. Nie odrzuca ich i nie przemilcza. Bierze ich słabości, głupotę, rozterki i nikczemności na serio. Bierze na serio ich religijność, wspomnienia płomiennych lat, pragnienie łaski, wyrzuty sumienia i ból starzejących się ciał, gdy myślą o księdzu Jerzym Popiełuszce albo starości Jana Pawła II. Dostrzega znaczenie, ciężar, splendor tego, co służy dziś jako tło mniej lub bardziej okrutnych żartów. Bierze na poważnie to, do czego niepewni własnych racji i poranieni wierzący nie mają prawa w świecie zdominowanym przez zupełnie inne opowieści. Nie uważa ich za zbędnych ludzi. Nieco złośliwy bywa za to dla tych, którzy chcieliby z nich zakpić, zrobić sobie śmieszne zdjęcie z katabasami w tle. To jedynie domniemanie, publicystyczna psychologizacja, ale może ta ostrożność, dystans, przepracowane w kolejnych powieściach rozczarowania sprawiły, że autor „Incydentów” nie stanął w szeregu tych, którzy albo odwrócili się od Kościoła, albo odkryli, że dogodniej i bezpieczniej będzie stać się pryncypialnymi krytykami katolicyzmu po polsku.
Piętnaście lat temu zrobiłem z Andrzejem Horubałą spory wywiad dla „Nowego Obywatela”. Zapytany, na ile prawdziwie opisywana jest współczesna Polska przez opiniotwórcze kręgi, pisarz odpowiedział: „Polska literatura uległa nie tylko skomercjalizowaniu, ale i zideologizowaniu. Od początku lat 90. przestrzeń rozmowy o nas samych była modelowana przez bardzo silne schematy: »Gazeta Wyborcza« wskazywała, czym należy się zajmować, i narzucała tembr głosu. Nie udało się przebić opowieściom prywatnym, niezależnym. Gdyby przeprowadzić analizę, skąd pisarze czerpią wiedzę na temat Polski, będzie to gazeta czytana w pociągu relacji Kraków–Warszawa. A trzeba pamiętać, że przez lata królował zaangażowany reportaż społeczny, stworzony w znacznym stopniu przez »Gazetę«. Tak powstał obieg zamknięty: reportaże prasowe, później na ich kanwie powieści, a na koniec zachwyt krytyków literackich i socjologów, którzy odkrywając w nich cząstkę swojego mówienia, byli przekonani, że zawierają one rzetelne rozpoznanie świata”. Przygotowując niniejszy tekst, zapytałem Horubałę, czy ówczesna diagnoza pozostaje aktualna. I czy sytuacja zmieniła się na gorsze czy lepsze. Jego odpowiedź jest tyleż lakoniczna, co wymowna: „Trudne pytanie, bo jakoś ostatnio oderwałem się od tego, co jest lansowane, i mało czytam współczesnej polskiej literatury. Na pewno lewicowa rewolucja, która przeorała uniwersytety, redakcje, media, która dawniej kojarzyła się z »Gazetą Wyborczą«, a teraz aktywizuje inne ośrodki opiniotwórcze pełne młodszych i starszych zapaleńców łasych na granty, narzuca swoją agendę i tę agendę od twórców egzekwuje”.
X Młodość górna i chmurna
Teatrem Horubałowych opowieści jest często transformacja. W swoich powieściach pisarz przyglądał się jej na ogół z perspektywy wielkomiejskiej, warszawskiej polityki. Od wydanego dobrych ponad dwadzieścia lat temu „Farciarza” do „Wdowy smoleńskiej” surowo rozliczał prawicowych polityków, inteligentów, biznesmenów, ludzi mediów z rosnącej liczby przewin wobec przepoczwarzającej się Rzeczypospolitej. I z tego, że w pogoni za mamoną, karierami i władzą w mniej lub bardziej dramatycznych okolicznościach pożegnali dawnych siebie.
A jednak ich przeszłość mnie wzrusza. Piotr, bohater „Umoczonych” (powieść z 2003 roku), tak wspomina swoją górną i chmurną młodość: „[…] gdy szedł z ulotkami, gdy pociągał za sobą ludzi na demonstracjach, w myślach rozmawiał z mamą i tatą, tłumacząc im nowy egzotyczny świat stanu wojennego, opowiadając, co robi. Dlatego był gotowy na więzienie. Wiedział, że jeśli w końcu tam go osadzą, będzie prowadził niekończące się dysputy z tatą, dawnym partyzantem Batalionów Chłopskich, i mamą, zbyt wrażliwą, by błogosławić zadymiarskim pomysłom starszego syna”. Dziś polityczna inicjacja wygląda zupełnie inaczej, brzmi dźwiękami powiadomień z social mediów, presją trendów na X, dyktatem SMS-ów z przekazem dnia. I nadzieją na pierwsze zaproszenie do ważnego telewizyjnego studia.
Choć w symbolicznym arsenale politycznych walk postkomunizm wciąż służy jako amunicja, szczególnie odkąd lewica wróciła do ćwierćwładzy, to – paradoksalnie – niemal nikt już nie sięga po solidarnościową legitymizację sprawowanych urzędów. Nie mydlmy sobie oczu: symbolika i znaczenie pierwszej Solidarności niemal kompletnie wyparowały z polityki, co najwyżej służyły do niedawna jako ozdobnik dla „starszych państwa” z Komitetu Obrony Demokracji. Hermetyczny kiepski żart: jakie czasy, tacy starsi państwo. Szkoda, że w „Incydentach” Horubała uciekł od polityki, bo to świetna okazja i dobry moment, żeby zobaczyć tamtych ludzi w jakże odmiennych okolicznościach. Opowiadanie „Hanka”, choć jego kanwą są czarne protesty, jest opowiadaniem egzystencjalnym, rodzinnym, społecznym, ale autor zdecydowanie nie chce do tego mieszać polityki. Może zbiera materiały do kolejnej powieści?
X Transformacyjne frazy
Mimo to „Incydenty” pokazują, że Horubała jako pisarz lubi i umie wracać do transformacyjnych lat – czasów twórczej młodości. Był na wielkiej scenie, zna jej zakamarki: prestiż, jaki daje telewizja, cenę za spełnione i niespełnione ambicje. Zna pomniejsze „parszywostki” i większe łajdactwa tego świata, który nawet w czasach social mediów roztacza nad naszą rzeczywistością swój majestat.
Tyle że upływ czasu zmienia perspektywę. Nawet jeśli opowiadanie „Epizod” sugeruje dawne obyczaje i realia w telewizyjnym show-biznesie, to zakończenie historii jest arcynowoczesne. Stare miesza się z nowym, ale puenta nie ucieszy nikogo, kto chciałby manichejskiego podziału ról, wedle bieżących sporów kulturowych. W tym opowiadaniu najtrudniej dopatrzeć się boskiej łaski, ktoś szyderczo chichocze z offu, drwi niemiłosiernie zza fasad doczesności.
Transformacyjne frazy dobrze słychać w „Ptasi i zakonnicy”, gdzie Kraków z samego początku XXI wieku to sanktuarium Bożego Miłosierdzia na Łagiewnikach, a Warszawa to mafia legalizująca z pomocą urzędników miejskich cuchnące kryminałem interesy. Kolejne zdania wręcz pulsują: „Skład na parkiecie mieszany. Mieszany jak ta inwestycja. Miesza się miasto z warszawką. Półświatek z nową elitą, dawne podziemie gospodarcze z dawnym podziemiem solidarnościowym. Młode wilki z partyjną młodzieżówką. Wszyscy wychodzimy na powierzchnię, by rządzić. Na bramce ludzie związani z komendą stołeczną. Na parkiecie najlepsze dziwki z miasta […], a i damy z salonu, wszystkie gibią się w pulsujący rytm zapuszczanej muzy. Jedne są za pieniądze, inne za odurzający aromat władzy. […] Żeby wyjść już z tego wiecznego niedostatku, z tej biedy, niedojadania, ciągłego zaciskania pasa […], żeby tu wreszcie przestało być tak ponuro!”. I żeby dzieci staro-nowej elity miały jeszcze lepiej, jak w jeszcze większym niż Warszawa świecie, jak na Zachodzie.
Gdybym pisał opowiadania, ich bohaterowie migaliby postaciom pokazywanym przez Horubałę jak chwiejny cień gdzieś zza szyb luksusowych aut, wagonów pierwszej klasy w dalekobieżnych pociągach, klaskaliby im na wiecach wyborczych, dawaliby wielkomiejskim feministkom wyjaśniać sobie świat, podawali dalej cyniczne wpisy w social mediach, które zapaskudziły do cna debatę publiczną.
Między jawą a snem wspominaliby zimowe wieczory z lat 80., gdy jako dziesięciolatkowie, bez opieki dorosłych, wracali rowerami do swoich wiosek z katechezy w niedogrzanej parafialnej salce, a ksiądz proboszcz dawał dla rodziców po pół butelki oliwy z darów. Transformacja i eschatologia, eschatologia i transformacja. I ten dzisiejszy, coraz dziwniejszy świat, który spodziewa się złych zakończeń. A z pewnością nie wierzy w dobrą puentę, choć katolicki pisarz próbuje mu ją nienachalnie podpowiedzieć.
„Nowe Państwo. Niezależna Gazeta Polska”, 2025:3