MACIEJ WALASZCZYK – BOSKIE INCYDENTY

MACIEJ WALASZCZYK – BOSKIE INCYDENTY

Bóg objawia się prozaicznie, więc nie zawsze to dostrzegamy. Życie i śmierć, szczęście i nieszczęście, a w końcu szarawa codzienność wszędzie pozostawiają ślady, które ujawnia proza Horubały.

Co mówi nam katolicka teologia i zwykły, dostępny każdemu katechizm? Że Bóg jest, wie o wszystkim, co się dzieje na ziemi, zna tajemnice wszystkich serc i wszystko o jakimkolwiek bycie, który istnieje. No i kocha wszystkie swoje stworzenia, jest sprawiedliwy, a okazuje to, karząc za zło i nagradzając za dobro. Ale tylko częściowo rozstrzyga się to tu, na ziemi.

A człowiek? Jego celem jest szczęście, ale jest wolny w swych decyzjach i może się mylić co do przedmiotu dobra, do którego dąży. A wtedy łatwo o nieszczęście, wtedy wkracza też Bóg. I do tych granicznych sytuacji dociera Andrzej Horubała.

Nowy zbiór opowiadań autora „Farciarza” i „Umoczonych” to mocna proza religijna. Zawiera siedem odrębnych historii i choć każda z nich mogłaby istnieć oddzielnie, to jednak dopiero złożone razem stanowią spójny obraz. Łączy je nie tyle pytanie o istnienie Boga, bo o tym autor jest przekonany, ile dramatyzm relacji z przebiegu owych tytułowych incydentów. Rozgrywają się one w naszej dawno „odczarowanej”, postsekularnej rzeczywistości, w której wciąż zmagamy się z problemami religijnymi, a odpowiedzi na najważniejsze życiowe pytania są poza naszą racjonalnością. Horubała twierdzi, że Bóg wysłuchuje modlitw, które dla dzisiejszych ludzi, w tym zeświecczonych duchownych, stały się zbiorem rytualnych gestów, że został złapany na gorącym uczynku w migawce życia. No, może nie dosłownie, bo jak przypomina obezwładniony niewiarą zakonny celebryta, który z „maestrią obnaża teologiczne błędy w pismach swoich rywali”, kto zobaczy Boga, ten umrze. I jego serce, doświadczając oczekiwanego, matematycznego dowodu na istnienie Najwyższego, zostaje właśnie „duchowo spopielone”. Opowieść o splecionych we wręcz śmiertelnej zależności losach zakonnych współbraci („Mniszek”) autor montuje, a może rekonstruuje, beznamiętnie. Tak jak wszystkie te historie podaje w sugestywnej, pierwszoosobowej narracji, we wgryzającej się w świadomość pamiętnikarsko osobistej mowie pozornie zależnej, czasem niestety ocierającej się o wulgarność.

Te siedem opowiadań jest nie tyle siedmioma dowodami na istnienie Boga, ile raczej odpowiedziami na tak powszechny brak jego doświadczenia i problem dostrzegania Bożej obecności w świecie. Bo tego rodzaju pytania na pewno nurtują człowieka oślepionego i ogłuszonego na takie doświadczenia. I nie zawsze znajduje on na nie odpowiedź, choć wydarzenia rozgrywające się wokół – przekonuje pisarz – niezbicie dowodzą Boskiej aktywności.

Nie dostrzega tego ( jeszcze) mężatka opuszczona wraz z dorastającą córką przez prącego ku karierze męża („Hanka”), która właśnie boskim zrządzeniem losu nie zabiła niechcianej córki. Tym cudem incydentem jest sąsiadka dewotka. W tej historii Horubała umieścił ciekawą metaforę o skutkach zdegradowanej męskości i ojcostwa. To w nich widzi ważną przyczynę, dla której tysiące kobiet i dziewcząt wzięły udział w aborcyjnych protestach z 2020 r., stając po stronie jeszcze większego zła. 

„Fryzjerka” to znów trudne pytanie o respektowanie swojego prawa do życia. Bo kto go broni, „nie jest winny zabójstwa, nawet jeśli jest zmuszony zadać swemu napastnikowi śmiertelny cios”. Nawet brzytwą. 

„Incydenty” rozgrywają się w dobie kryzysu Kościoła posoborowego, często ogołoconego z sacrum i z nadmiarem nowoczesnego duszpasterstwa, a dodatkowo osieroconego przez śmierć papieża; pełnego księży, których kapłaństwo stało się jedynie „wspomnieniem czasu euforii”. W dobie konsumpcji i kapitalizmu będącego rajem dorobkiewiczów i cyników m.in. ze świata korporacji („Epizod”).

Nie pogardzajmy więc incydentami składającymi się w „żałosne puzzle codziennych drobnych epifanii”. Choć „incydent”, którego doświadcza biznesmen mafiozo ciężko pobity przez siostrę zakonną pod łagiewnickim sanktuarium nie jest przecież taki „żałosny”, przybierając rozmiary gwałtownego wtargnięcia Boga w jego życie. „Boli cię, rwie u nasady mostka, akurat w tym punkcie, z którego na obrazie Jezusa Miłosiernego wypływają strumienie łaski: czerwony i biały znaczące krew i wodę, albo jak kto woli barwy naszej udręczonej ojczyzny. Ojczyzny udręczonej, dewastowanej przez takich skurwysynów jak ja”. Bóg przyłapany na robocie.

„Sieci”, 2024:51/52