WOJCIECH STANISŁAWSKI – INCYDENTY
Ilekroć szukam zwięzłej formuły, która podsumowywałaby sytuację Andrzeja Horubały w polskiej literaturze współczesnej, przychodzi mi do głowy opatrzony, ale nadal powielany mem, złożony z dwóch zdjęć. Na tym po lewej, zatytułowanym „Rebels then” widać „młodych gniewnych” z lat 80./90. (zwykle punków, choć mem istnieje w kilku wariantach). Na tym po prawej („Rebels now”) – wielodzietną rodzinę.
Za dosłowne? Zbyt czarno-białe? Takie są, w odróżnieniu od rysunków z „New Yorkera”, memy. Ale ten dyptyk wyraża prawdę o różnych obliczach buntu, najcelniej chyba nazwaną w „Tangu” Mrożka. Dawne bunty się ustateczniają. Wielu dzisiejszych autorów, chętnie sięgających po kurtkę „poety wyklętego”, jest świetnie przewidywalne i funkcjonuje w ekosystemie nowości, nakładów i nagród bez zbytków, lecz i bez braku. Za to Horubała, autor kilku powieści, pięciu zbiorów szkiców o teatrze i literaturze (pomijam już jego dorobek jako wydawcy, reżysera i producenta, bo nie należy to do tematu), piszący bez złudzeń i bez pocieszeń, rozpoznany i doceniony przez krytyków – dla grupy młodych filistrów prowadzących kawiarnię literacką finansowaną przez Ratusz okazuje się, jak deklarują, osobą „zbyt kontrowersyjną”, by urządzić z nim spotkanie.
Literaci piszą sprawnie na każdy temat, bez trudu wygrywając konkursy na „opowiadanie wiosenne”, „opowiadanie świąteczne” i kryminał promujący piękno Ponidzia. Prawdziwi pisarze mają kilka tematów i wracają do nich rozpaczliwie i niezmordowanie, jakby ktoś walił w drzwi spuchniętą już i obolałą pięścią. I „Incydenty”, zbiór siedmiu opowiadań Horubały, odwołują się do tych samych napięć i dramatów, jakie pojawiały się w jego „Farciarzu” (2003), „Umoczonych” (2004) czy „Przesileniu” (2010). Prędzej czy później będą te motywy, te obsesje zestawiać w tabelkach studenci filologii i autor (snadź pamiętając swoje trudy na Wydziale Polonistyki) puszcza do nich oko, czyniąc z ostatniego w zbiorku opowiadania, „Mozaiki”, niemal negatyw swojego debiutu, monodramu „Mono”. Tyle, że „Incydenty” wydają się najbardziej skondensowane, najczystsze literacko, wolne od niekoniecznych anegdot: są jak wytrawione w ogniu, i kiedy o nich myślę, przypomina mi się Oskar Miłosz (raz zacytuję nie Czesława, lecz jego stryja!) piszącego o swojej „starej miłości do ludzi, zużytej przez samotność, litość i gniew”.
Powinienem może bardziej zaintrygować czytelników „Tygodnika..” wspominając choćby najoględniej, o czym traktuje siedem opowiadań Horubały. O Polsce, oczywiście, to jeden z jego tematów, Polska wymarzona w podziemnym NZS lat 80., okulawiona kompromisami końca tamtej dekady, bezustannie przepoczwarzająca się, przemieniająca, doświadczająca nowoczesności i mód, o jakich się nie śniło i stale upadła, słaba naszymi słabościami. „Ptasia i zakonnica” oferuje jeden z najbardziej bezwzględnych portretów transformacji lat 90. w jej wariancie wielkomiejskim (to też najbogatsze fabularnie opowiadanie, w zasadzie gotowy – jak zauważyło już kilku krytyków – scenariusz na mroczny film). Są w „Ptasi…” dragi, kluby, „ludzie z miasta”, ale też (to odróżnia to opowiadanie od wielu literackich i filmowych świadectw, skupiających się na wątkach kryminalnych) – gigantyczne fortuny urzędników municypalnych, „brygady Marriota”, zachłystywanie się sukcesem i hybrydowa, pokraczna jak stwory greckiej mitologii, mentalność lat 90., gdzie hedonizm usiłował iść ramię w ramię z płytką pobożnością.
Prywatyzacja, widziana tym razem z perspektywy drobnego biznesu, pojawi się jeszcze we „Fryzjerce”, niewiarygodnie cyniczny świat „białych kołnierzyków”, kancelarii adwokackich i mediów – w „Epizodzie”. Ale obok tego w „Hance” spotkamy się z pierwszym może w literaturze polskiej pogłębionym, prawdziwszym niż laurki i pamflety, portretem uczestniczki „Czarnych marszów”. Tak, wystarczyłoby tej warstwy, nazwijmy to, realistyczno-społecznej, by „Incydenty” były książką ważną, polityczną, galerią migawek (skoro nie doczekaliśmy się jeszcze powieści-panoramy) ukazujących III RP. Tym bardziej, że Horubała pokazuje przemiany i przełomy nie tylko poprzez postawy i sytuacje, lecz i przez polszczyznę, odnotowując mody, śmieszności, grepsy i kalki celniej (i bardziej bezwzględnie) niż czynią to kapituły różnego rodzaju „Słów roku”.
A jednak twierdzę, że ta płaszczyzna jest w „Incydentach” mniej istotna. Wszystkie dramatyczne, nieraz tragiczne wydarzenia, których doświadczają bohaterowie tych opowiadań stanowią po prostu – proszę wybaczyć suchy termin – „ramę fabularną”, bogatą w szczegóły i znaki czasu. W tych ramach jednak narratorzy (często bezimienni, bo opowiadanie podane jest w formie monologu – wyznania czynionego współpasażerowi albo, częściej, rozmowy z samym sobą) doświadczają spraw dziejących się poza historią: swojego upadku. Ucieczki. Uniku. I tkwiąc pośrodku realiów, rumianych jak rzeźnia o poranku – otwarcie klubu, szampan wylewa się, tuszowania skandalu w telewizji śniadaniowej – stają, jak w starym katechizmie, wobec rzeczy ostatecznych człowieka: Śmierć. Sąd Boży. Niebo albo piekło.
Natychmiast dodajmy jeszcze jedno, zanim czytelnik westchnie i straci ochotę na lekturę, powziąwszy przekonanie, że „Incydenty” to jakaś lekko odnowiona formuła „opowiadań z morałem”, specjalności XIX-wiecznych prozaiczek: łzawych albo ckliwych historyjek, których bohaterowie stawali wprawdzie przed jakimś dylematem, karty były jednak tak jawnie znaczone – kusiciel miał diaboliczne rysy twarzy, ze ściany spadał portret zmarłej matki, ksiądz proboszcz przemawiał łagodnie i z mocą – że wiadomo było, iż pokusa zostanie odparta, krzywdy naprawione i wszyscy bezpiecznie wrócą do domu jeszcze przed kolacją. Oczywiście, trochę teraz drwię, ale wiadomo, że tak wyglądała istotna część prozy „katolickiej” czy choćby z katolicyzmem w tle: nie tylko powiastek dla dzieci, ale i Chestertona czy młodego Andrzejewskiego.
Horubale udaje się uniknąć wszystkich tych pułapek sentymentu, łatwych rozwiązań, przemilczenia rzeczy niewygodnych. To, co cenię w nim najbardziej, to bezkompromisowe odarcie – podwójne, fabuły i języka – ze wszystkich łatwych pocieszeń. Unieważnienie taryf ulgowych. Zakwestionowanie tabu, które krępuje zdania i wyobraźnię ogromnej większości pisarzy katolickich.
W „Incydentach” wątpiący – i poszukujący pewności istnienia Boga – dominikanin-intelektualista potrafi wyrażać się sceptycznie, cierpko, niemal drwiąco o doświadczeniach mistycznych św. Teresy z Avila, „Dzienniczku” św. Faustyny, ba, o zapiskach papieskich. Może się tam zdarzyć pokrętność umysłu, która pozwala uznać zamordowanie niewygodnego świadka korupcji za znak Bożej opieki. Może się pojawić matka dziecka z trisomią nie „pogodzona”, nie „pogodna”, nie „znajdująca oparcie w Jezusie”, tylko złamana nieszczęściem, wyzbyta nadziei.
Tak, dlatego ciągnę do tego pisarstwa od lat: dla jego odwagi unikania pocieszeń, zamiatania pod dywan albo przynajmniej omijania zgrabnym twistem tego co żenujące i wstydliwe. Odwagi kompromitowania przesłodzonego, uszminkowanego, nieautentycznego języka kazań i laudacji. To „chuligaństwo”, które wychwalał w jednym z pierwszych głośnych esejów. Sprzeciw. Gniew.
Gniew, który bierze się z wiedzy, że życie jest, przy wszystkich swoich powabach, radościach i krotochwilach, czymś śmiertelnie poważnym. Prowadzącym do rzeczy ostatecznych.
Pokazanie prawdziwych wyborów, ostatecznych konsekwencji upadku czy zaparcia się siebie, czyni z tych opowiadań naprawdę potężną literaturę. Literaturę, która niesie napięcie pascalowskiego zakładu. Która dokonuje jednej z najtrudniejszych (zarówno w literaturze, jak w życiu) rzeczy, stykając ze sobą dwie perspektywy – wieczności i doraźności – i nie zafałszowując, nie zagłaskując żadnej z nich. Bardzo niewiele jest w ostatnim półwieczu takiej literatury w Polsce, takiego pisania o człowieku, któremu przyświecałby Beckett, Houellebecq, może odrobinę Céline, a z Polaków? – jeden może Andrzej Bobkowski, może jeszcze Karol Ludwik Koniński.
Jeden z krytyków nazwał „Incydenty” najważniejszą polską książką 2024 roku. Źle się czuję jako autor rankingów, nie wiem, czy były „Incydenty” najważniejsze, ale podbiję stawkę: moim zdaniem znaczenie tego zbioru opowiadań rozciąga się znacznie poza rok 2024, wpisuje nas w zupełnie inne rytmy. I pozwala rozmawiać serio.
„Tygodnik Solidarność”, styczeń 2025