K. jak Kaczyński

K. jak Kaczyński

Pomysł miał Paweł Demirski bardzo dobry: napisać dramat polityczny na podstawie książki Roberta Krasowskiego „Czas Kaczyńskiego. Polityka jako wieczny konflikt”.

Książka Krasowskiego bowiem — jak mało która diagnoza polityczna — nadaje się do przeniesienia na deski teatralne: najnowsze dzieje Polski przedstawia jako arenę zmagania się dwóch toksycznych jednostek, które swymi fobiami, kompleksami, chorymi emocjami zatruły, skaziły nasz kraj.

Kaczyński i Tusk — mściwi, bezwzględni w walce o władzę, zdradzający najbliższych współpracowników, budujący partie wodzowskie — przedstawiani są przez Krasowskiego przez pryzmat kapitalnych anegdot, efektownych zdań wyłuskiwanych z przeróżnych wywiadów, przecieków i niedyskrecji, naprędce czynionych psychologicznych portretów.

Krasowski, marzący o wyrazistej publicystyce, kreowaniu mitów porządkujących całe skomplikowane, pełne meandrów życie polityczne, narzucaniu sugestywnych obrazów, ukazywaniu najnowszej historii jako dziejów nieprzeciętnych jednostek, po falstarcie, jakim była książka „Po południu. Upadek elit solidarnościowych po zdobyciu władzy” (2012), w której ogłosił Lecha Wałęsę najwybitniejszym politykiem okresu transformacji, w ostatniej części trylogii poświęconej historii III RP intronizował Jarosława Kaczyńskiego, twierdząc, że to właśnie prezes trafnie uchwycił i zdefiniował istotę krajowej polityki, zrozumiał jej reguły i narzucił swoją wizję całej klasie politycznej. A przy tym Kaczyński wzbudził swój cień, swoje lustrzane odbicie — Donalda Tuska, który podjął wyzwanie i obaj walcząc zaciekle, umeblowali czy też zdemolowali polską scenę polityczną.

Obrał więc Demirski, autor o wrażliwości raczej lewicowej, na swego przewodnika pisarza dość nieoczekiwanego, ale przecież przez wyraźną fascynację makiawelicznym obliczem polityki, przez personalizowanie konfliktów, przez próby nadania im wymiaru osobistego, świetnie nadającego się na patrona scenicznej opowieści.

No tak, tylko Demirski postanowił nie tyle pogłębiać opowieść Krasowskiego: czy to kreśląc głębsze portrety psychologiczne wielkich adwersarzy, czy to podejmując dyskusję o kontekście społecznym sporu Tusk — Kaczyński, o tym, co wyniosło ich do władzy i jak ta władza zwichrowała Polaków, ile obudować akcję „Czasu Kaczyńskiego” różnymi dygresjami i frędzlami, grą niedyscyplinowanych skojarzeń i mnogością pobocznych wątków.

Wybory 2019

Akcję swej sztuki osadził Demirski świetnie: w październikowy wieczór i w noc wyborczą roku 2019, kiedy to nastroje społeczne rzeczywiście mogą osiągnąć swe apogeum.

Moment przełomowy, gdy społeczeństwo ma usłyszeć wyrok na kolejne cztery lata. Moment straszny: wzmożonych nadziei, lęków, obaw. Moment przesądzający.

W sztabach wyborczych niepokój, na ulicach demonstracje przeradzające się w rozruchy, ludzie gromadzą się pod Sejmem i pod telewizją, zapowiada się majdan, mnożą się prowokacje, a przeciągające się ogłaszanie wyników potęguje napięcie. Są akty przemocy, podpalenia, pierwsze ofiary.

Atmosfera grozy: emocje podzielonej Polski zostają rozgrzane do białości, a sprzeczne komunikaty dotyczące wyników wyborów miotają ludzi od euforii do wściekłości.

Na tym tle dwaj wielcy protagoniści wygłaszają kwestie, występują w scenkach zręcznie wykrojonych z książki Krasowskiego.

Są też inni bohaterowie. Liczący na wyborczego fuksa zdezorientowany lider powołanej ad hoc partii Komicy dla Kraju oraz wspomagająca go dziewuszka z Internetu, rówieśniczka wolnej Polski. Gdzieś idzie ulicą — „za pomocą taksówki, oczywiście” — zabłąkana zwolenniczka Unii Wolności i na swoje pytanie, gdzie należy szukać sztabu wyborczego jej partii, dostaje brutalną odpowiedź: Na Powązkach! (Świetny jak zawsze jest Demirski w szyderstwach z elity). Sprzedajni politycy i dziennikarze nie wiedzą, czy już zmieniać klubowe barwy, czy jeszcze się wstrzymać.

Prognozy wyborcze skłaniają bohaterów do odsłaniania swych prawdziwych zamiarów. Tusk zapowiada wsadzanie do więzień pisowców. Ktoś próbuje uruchomić — jak w czasie pamiętnej nocy czerwcowej roku 1992 — dawno rozwiązane Jednostki Nadwiślańskie. Wdowa po Unii Wolności apeluje o wznowienie „Gazety Wyborczej”, no i większe zainteresowanie się przez Platformę „klasą ludową”. Zdezorientowany pretorianin z PiS rozpoczyna przewrót w partii i oblewa Kaczyńskiego benzyną.

W formie intermezza przy muzycznym temacie Andrzeja Kurylewicza z serialu „Polskie drogi” oglądamy scenki z pierwszych lat wolnej Polski: narady z udziałem Wałęsy i Geremka, sztandar wyprowadzić, omdlenie Mazowieckiego, pijackie ekscesy Kwaśniewskiego, bufonadę Rokity. Polskie waśnie, rywalizacja, knucie, nienawiść i kojąca muzyka — czy nie ma być to ekwiwalent historiozofii Krasowskiego, który w podsumowaniu swych dziejów III RP zwracał uwagę, że krajowe spory, którymi się zajmował, nie miały w zasadzie aż tak wielkiego znaczenia, gdyż wielka transformacja ustrojowa i tak była częścią globalnych procesów i we wszystkich dawnych demoludach dała podobne wyniki.

Trudne do strawienia

To wszystko — opowiadane przeze mnie — brzmi w miarę klarownie, ale stwierdzić trzeba, że zarówno Demirskiemu, jak i Strzępce tym razem wyraźnie zabrakło dyscypliny. Demirski dostarczył tekst rozlazły, niekonsekwentny, a jego predylekcja do nieujętej w mocne ramy groteski, lekceważenia prawdopodobieństwa, wykrzywiania rzeczywistości, która przecież doprowadziła do klęski ich poprzedniego widowiska o polskiej klasie politycznej (czteroodcinkowy teatralny serial „Klątwa. Odcinki z czasów beznadziei”) i tutaj zaowocowała rzeczą trudną do strawienia.

Owszem, duet naszych obrazoburców udaje, że przedstawia nam sztukę brutalnie zaangażowaną: dominantą scenografii jest wykrzywiona w krzyku twarz, potężna ściana gitarowego dźwięku wali od czasu do czasu po nogach i brzuchach publiczności, czyniąc z fragmentów spektaklu kino co najmniej 5D. Do tego krew na twarzach i ciałach bohaterów, gówno w wiadrze i na ubraniu, wyrwane trupom demonstrantów wątroby. Tusk i Kaczyński warczą na siebie, ujadają, biją się, padają w śmiertelnych uściskach. Epatowanie śmiercią — demonstrantów, polityków, żarciki z płonących ludzi jako koksowników — niebezpiecznie zaczyna rymować się z samobójczym aktem Piotra Szczęsnego, budząc raczej niesmak niż poczucie podziwu dla profetycznych talentów Demirskiego. I ten pozór buntu irytuje. Bo nie ma w „K.” żadnego oryginalnego politycznego komunikatu, żadnej diagnozy. Zaangażowanie sprowadza się do krzyku i przerysowania.

Strzępka próbuje niezborną, pełną dygresji opowieść jakoś wziąć w ryzy, ale niespecjalnie jej się to udaje. Aktorzy pozostawieni w drugim planie czasem wyraźnie nie wiedzą, co mają odstawiać, i stają się biernymi słuchaczami bełkotów z planu pierwszego. Sztuka wyraźnie się rozłazi. Owszem, gdy Demirski udziela głosu Krasowskiemu, brzmi mocno, czy gdy przywołuje opowieści o kompleksach obu liderów, czy gdy każe słuchać opinii publicysty o bohaterze opowieści: „Najciekawszym zjawiskiem na scenie politycznej był Jarosław Kaczyński — słuchamy fragmentu »Po południu«. — Skalą talentu przewyższył wszystkich, z Millerem i Kwaśniewskim włącznie. To był prawdziwy fenomen. Postać wszechstronna: wirtuoz gry politycznej, błyskotliwy demagog, świetny analityk, porywający ideolog…”

I dalej: „Głównym orężem był czarny PR. Oponentów niszczył insynuacjami, w których kreślił portrety ludzi skrywających ponure tajemnice. Większość negatywnych informacji, jakie posiadła opinia publiczna na temat Michnika, Kuronia, Geremka, Wachowskiego, Wałęsy, Mazowieckiego, a potem Tuska czy Sikorskiego, pochodziła od Kaczyńskiego. To od niego dowiadywaliśmy się, kto miał przodka w KPP, kto się wychował na podwórku, kogo bił ojciec, kto za dużo pije, z kim pije, z kim jest na ty. […] Gdy Kaczyński wraz z grupą polityków pojechał w 1993 r. zobaczyć wojnę w Jugosławii, zaledwie dzień po powrocie poinformował całą Polskę, że Kuroń i Michnik ciągle pili wódkę. Kaczyński tkał swoje czarne legendy z rozmachem, z jakim pisarze budują kolejne wątki swoich powieści”.

No tak, ale to jest Krasowski, który do Kaczyńskiego odczuwa przedziwną hassliebe i z satysfakcją odkrywa cyniczne oblicze polityki. Epatowanie chłodem i zawieszeniem osądu moralnego to przecież znak firmowy publicysty.

Motyw zemsty

Demirski do końca nie wie, co z tym zrobić. Fascynuje go narracja Krasowskiego, czemu trudno się dziwić — jest to autor obdarzony bardzo dobrym piórem i mocnym głosem, potrafiący zahipnotyzować nie tylko osobników o słabych głowach.

Dziwna sprawa: nasz duet, obsadzając w roli Kaczyńskiego — wbrew warunkom — Marcina Czarnika, który swą wielką karierę zaczynał rolą Hamleta w „H.” Jana Klaty, rozgrywanym w zrujnowanej Stoczni Gdańskiej, kompletnie nie wykorzystuje tropów, jakie niosłoby zestawienie „H.” z „K.”.

Motyw zemsty i związana z nim toksyczna relacja z matką, będąca jednym z wątków Hamleta, tu przedstawiana jest jedynie w sposób prześmiewczy: Demirski fantazjuje, że matka Jarosława wciąż żyje i chroni go — tak jak w dzieciństwie — przed światem zewnętrznym, nie pozwalając na samodzielne opuszczanie mieszkania. A i Jarosław strzeże ją przed rzeczywistością, ukrywając prawdę, jak w kwietniu 2010 r. Ale to takie podśmiechujki.

Kaczyński w ujęciu Czarnika nie jest postacią, której mielibyśmy w jakikolwiek sposób współczuć. Aktor, który ocieplał wizerunek Feliksa Dzierżyńskiego w haniebnej „Bitwie Warszawskiej 1920” Demirskiego i Strzępki, tutaj z błąkającym się na ustach uśmiechem zdradza nam co najwyżej kompleksy swego bohatera, wypowiadając kwestie skrzętnie wynotowane przez Krasowskiego. Mamy więc opowieści o nikczemnym wzroście, o poczuciu odtrącenia („czułem się jak na nieswoim przyjęciu urodzinowym”), o dziwnych relacjach z bratem bliźniakiem. Na próżno szukać w Czarniku charyzmy, jaką dla wielu Polaków nosi w sobie prezes, na próżno szukać chwil uniesień, gdy polityk czuje się mścicielem podejmującym misję w imieniu narodu. Jest cynik, chełpiący się tym, że udało mu się narzucić swoje kompleksy całemu narodowi: „Moja tajemnica polega na tym, że udało mi się moje całkowicie prywatne emocje, odczucia, relacje towarzyskie, intymne wprowadzić tak w życie, że wszyscy nimi żyją…”. Jest mały, mściwy osobnik, który marzy o kolejnym triumfie nad Tuskiem.

Dziwnie jednowymiarowa to postać, w zasadzie nie za bardzo wiadomo kto.

Zgoda, pomysł otwierający spektakl, gdy kurtyna opada, zasłaniając scenografię i oglądamy jakiś błazeński stand-up, w którym Jakub Papuga wciela się w opowiadającego swój sen Kaczyńskiego, jest ciekawym preludium, pokazującym, że takich śmiechów Demirski nie chce serwować poznańskiej publiczności. Niesmaczne dowcipy ze śmierci brata bliźniaka, prześmiewcze naśladowanie maniery prezesa — to wszystko zostaje wzięte w nawias, gdyż okazuje się, że mieliśmy do czynienia z próbką występu lidera Partii Clownów, a nie ze sceniczną postacią lidera PiS. Ale przecież kreacja Czarnika, choć bardziej stonowana, niewiele odbiega diagnozą od tego, co szyderczo przedstawił Papuga. Niesamodzielny osobnik, kompletnie nieznający realnego życia, chowany pod kloszem samotnik…

A Tusk? Jacek Poniedziałek z wdziękiem ogrywa tę postać, ale cóż, znów niespecjalnie złożona to osobowość. Poniedziałek świetnie wygrywa teflonową gładkość Donalda, zręcznie podaje anegdoty ze skarbczyka Krasowskiego, upewnia nas, że i lider PO to niezły psychol, choć groźniejszy, bo skrywający się pod maską spokoju. Wypowiada swój podziw dla Kaczyńskiego: „Strasznie zazdroszczę temu małemu. Ja takiej odwagi uderzania w narodowy dzwon nie miałem, choć przecież spokojnie mógłbym”. I dalej coś o ruchaniu przez Kościół… No i wiadomo — Tusk: leniwy, chłopak z podwórka, ale lubiący ludzi i siebie, zadowolony z koszul, z dopasowanych garniturów, spokojnie mógłby zasilić „Ucho prezesa” Roberta Górskiego.

Obaj politycy budzą wściekłość młodej dziewczyny, która od apatii i rezygnacji przechodzi do ataków furii. Rówieśniczka III Rzeczpospolitej z rozpaczą kwituje obraz klasy politycznej: „Budzą się, wkładają garnitury i idą deptać ludzi, wycinają się nawzajem!”. No i rzeczywiście ma to wszelkie znamiona paranoi, bo „to, kurwa, tyle trwa, wciąż wśród tych samych ludzi, jakby żyć z ludźmi z podstawówki”. Młoda buntuje się, wścieka, internetowy slang miesza się z bluzgami, Demirski sugeruje, że o jej rówieśnikach wie coś więcej. Ale nie wie nic.

Ani o procesach społecznych, ani o młodym pokoleniu, ani o tym, co będzie dalej. Nie udaje się przedrzeć Demirskiemu ze Strzępką do innych pokładów rzeczywistości. Jeśliby chcieli traktować krajowych polityków jak nieświadome czasem marionetki globalnych sił, to gdzie jest diagnoza megatrendów? Jeśliby chcieli sprawdzić, na jakim paliwie ciągną liderzy, dlaczego nie odwrócili perspektywy i zadowolili się karykaturalnymi reprezentantami ludu?

Niestety, ich „K.” to jedynie świadectwo przerażenia, rozwlekła opowieść pozbawiona głębi i ostrości. Zamiast teatru politycznego — mało zabawna, krzykliwa farsa.

© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone „Do Rzeczy” 46/2017

Comments are closed.