Bez kategorii

Literatura środka

By 23 grudnia 2017 18 listopada, 2019 No Comments

Zygmunt Miłoszewski wziął sobie urlop od kryminałów i napisał powieść „Jak zawsze” — książkę z gatunku political fiction. Słabszą zdecydowanie od serii z prokuratorem Szackim, ale przecież na swój sposób interesującą jako próba stworzenia czytadełka dla symetrystów czy innych centrystów (jeśli takowi istnieją).

Nie wiadomo, co też uczyni ze swej powieści autor, gdy rzuci się w wir promocyjnych wywiadów i zachęcany przez zaangażowane redaktorki oraz pryncypialnych redaktorów, zacznie interpretować swą prozę i opowiadać, co myśli o współczesności. Na razie książka jest świeżutka, da się więc przeczytać w miarę bezboleśnie i prawie zapomnieć o wypowiedziach Miłoszewskiego oraz jego działalności, choćby jako sygnatariusza niefortunnego manifestu Kultura Niepodległa.

Zdumieni kochankowie

Rzecz dotyczy małżonków z 50-letnim stażem, którzy przeniesieni zostają w czasie o pół wieku, do roku 1963, gdy właśnie — wiarołomni względem swoich ówczesnych partnerów — padają sobie w ramiona i odkrywają potęgę nieokiełznanej namiętności.

Polska, w której się budzą cudownie odmłodzeni, to rzeczywistość alternatywna. Rządzi nią Inżynier, prezydent Eugeniusz Kwiatkowski, tak, ten od Gdyni i Stalowej Woli, a kraj nasz podpisuje właśnie układ polsko-niemiecko-francuski, by w ten sposób przypieczętować sojusze decydujące o naszym rozwoju i bezpieczeństwie.

Przez Francuzów kolonizowani jesteśmy dość bezwzględnie. Miłoszewski wybornie bawi się, pokazując, jak w roku 1963 w miejsce ruskich wpływów dominują francuskie: w języku — tym oficjalnym i prywatnym, nazwach knajp, architekturze, społecznej inżynierii, edukacji, kulinariach i popkulturze. Kochankowie odnajdują się w jakimś dziwnym corbusierowskim bloku, który przysposobiony jest do życia przez nasz napływowy wiejski ludek — wycieraczka obsrana przez kurę, cieć pędzi bimber, mleko i jajka dostarczają sąsiedzi. Jest swojsko, tylko z lekka na francuską modłę. Wszędzie jara się papierosy, o czym Miłoszewski pisze z wyraźnym obrzydzeniem, nie mając zrozumienia dla radości retro sztachnięcia się niezłagodzonym gitanesem czy gauloisesem. Warszawa pozbawiona jest Pałacu Kultury, ale za to oszpecona budowlą na cześć przyjaźni polsko-francuskiej.

Zdumieni kochankowie z wolna orientują się, że w alternatywnej rzeczywistości każde z nich reprezentuje przeciwstawną polityczną opcję. Grażyna jest nauczycielką w będącej dla wielu symbolem upokorzenia, ekskluzywnej szkole przygotowującej polskie panny do wydania za Francuzów, Ludwik zaś jest aktywistą zmierzającej do przejęcia władzy nacjonalistycznej partii kwestionującej sojusz z żabojadami. Liderem tej formacji, rojącej o jakiejś słowiańskiej wspólnocie, jest Edward Gierek, jego zaś sojusznikiem, który kontestuje zaangażowanie polskich wojsk w konflikt algierski — Wojciech Jaruzelski.

Tak Miłoszewski rozdaje role, by w literackim kostiumie opowiedzieć nam o sporze, jaki rozgrywa się współcześnie w podzielonej Polsce. Sporze modernizatorów z tradycjonalistami. Trochę niesprawiedliwie, bo liderami partii narodowej czyniąc sowieckich wasali z realu, gra znaczonymi kartami i od razu zdaje się przesądzać o tym, że sprzeciw wobec kolonizacji musi oznaczać realizację moskiewskiego scenariusza. Jednocześnie stara się jednak jakoś równoważyć debatę, ukazując z kolei bezwzględność francuskich imperialistów, którzy traktują nasz kraj jako nową, zastępczą kolonię.

Intelektualnych zabaw prowadzi Miłoszewski sporo, bo kochankowie przeniesieni w czasie nie tracą przecież pamięci. Ludwik nie tylko wykorzystuje w pracy zawodowej swoje doświadczenie psychoterapeuty z XXI w., ale i próbuje na boku zdyskontować wiedzę o różnych bestsellerach i wynalazkach; Grażyna, nauczając niewinne panienki, wplata do swych wywodów wątki emancypacyjne.

I to nawet zabawnie brzmi. Obok kapitalnych perypetii z kobiecymi utensyliami: stanikami i podpaskami, Miłoszewski pokazuje, jak wyobraża sobie alternatywne obchodzenie się z polską martyrologią i czczenie choćby powstania warszawskiego (w jego rzeczywistości historia skręciła w bok po roku 1947, gdy Francja zakwestionowała sfałszowane wybory i wydobyła Polskę spod sowieckiej dominacji). Kłopot w tym, że to wszystko jest strasznie letnie.

Baz żaru

Obserwujemy spór racji jak przez pleksi, widzimy nasz podzielony naród i nasze współczesne kłótnie w gatunkowych przebiórkach, bardziej lub mniej przystających do rzeczywistości. Czasem Miłoszewski przesadzi, gdy każe Gierkowi mówić Kaczyńskim o „najgorszym sorcie”, innym razem zaspokoi przeciwników Unii Europejskiej, pokazując podłe oblicze szkoły dla dziewcząt niewolnic czy nasze brudne militarne zaangażowanie w konflikt w Algierii. Ale to wszystko sprawia wrażenie zabawy w budowanych ad hoc tekturowych dekoracjach, w umownościach, które nie pozwalają na dociśnięcie pedału do końca.

Zgoda, sytuacja typu „gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła” stwarza sporo kapitalnych możliwości, ale nawet z nich Miłoszewski korzysta w ograniczonym stopniu, sygnalizując tylko pewne wątki.

A poza tym bohaterowie! To ma być para kochanków, których połączyła namiętność?! Ależ Miłoszewski pisze jak człowiek, który nigdy w życiu nie kochał obsesyjnie, który nigdy w życiu nie pożądał. Czytelnicy pamiętający, jak autor dokazywał w sprawach seksualnych w poprzednich powieściach, mogą poczuć się zawiedzeni. Wszystko to pozbawione pieprzu, wystudzone. Tak jakby to nieszczęsne political fiction, gatunek maltretowany w Polsce przez wielu poślednich prawicowych pisarzy, obezwładniało go i pozbawiało paliwa. Nie ma więc w „Jak zawsze” jakiejś szarży, która by wynosiła tę rzecz ponad literaturę popularną.

Wciąż mamy do czynienia z czytadełkiem dla inteligentów, o którym, owszem, można by pogadać nawet w gronie politycznie skłóconym, ale przecież dziełem pozbawionym należytej wagi.

To wszystko takie nieznośnie żartobliwe, błahe. Bohaterowie tacy sympatyczni, a ich los to zaledwie przeżywanie perypetii.

Bez prywatności

Miłoszewski, tworząc najnowszą powieść, pozbawił się atutu, jaki świetnie wygrywał w cyklu o prokuratorze Szackim — zanurzenia w naszym tu i teraz, prezentacji przemyśleń inteligenta XXI w., ba, przemyśleń i refleksji inteligenta z konkretnych miesięcy i lat.

Pamiętamy wszak, jaką rolę odgrywały radiowe wiadomości słuchane w samochodzie, informacje otwierające poszczególne rozdziały, jak polskie tu i teraz tliło się, buzowało, a czasem eksplodowało w głowie bohatera, jak Miłoszewski snując czasem niezbyt spójną intrygę kryminalną, zdobywał czytelnika inteligenckimi dygresjami. Tutaj, przenosząc się w rzeczywistość alternatywną, wyzbywa się na własne życzenie tych przewag.

Mało też w powieści fragmentów inspirowanych osobistym życiem autora, a przecież takie drobiażdżki dotyczące codziennych rytuałów, intymnych zachowań, prywatnych spostrzeżeń bywały ozdobą jego twórczości, poczynając od rozczulającego miejscami „Domofonu”. A tu? Anegdotka o „epiceriografii”, parę zwyczajów śniadaniowych i tyle.

Jak dla mnie tego braku nie równoważą opowieści o architekturze zastanej w alternatywnej Warszawie, nie przebijają go opisy indywidualnych wędrówek obojga zdumionych bohaterów po na nowo odbudowanej stolicy. Owszem, to wszystko jest zacną rozrywką dla inteligentów i rzecz nie jest wcale toporna, przeciwnie błyskotliwe to, znaczone prawdziwą miłością do Warszawy i miejscami zaskakujące, ale wciąż każące zadawać pytanie: Czy aby w naszej podzielonej Polsce, by opowiadać o sporach i konfliktach, musimy stroić się w kostium political fiction?

Wzruszająca nawet na swój sposób wizja pomnika na pl. Bankowym, gdzie potężny orzeł jest ptakiem ochraniającym gniazdo, intrygujący pomysł „Rezerwatu” i pozostawienia w samym centrum Warszawy wyburzonego kwartału czy wreszcie przyspieszenie akcji i realia zamachu stanu zamykającego Polskę na Europę są sugestywnymi miejscami, każącymi poważnie zastanowić się nad kierunkiem, w którym zmierza nasz kraj, ale to trochę za mało.

Oczywiście trudno nie zgodzić się z konstatacjami autora na temat najnowszej historii Polski, że aby się zmodernizować, należało dać się trochę skolonizować, ale przecież gdy do tego autor dorzuca pakiet mniemań czerpanych czy to od Sowy, czy Ledera, to coś już zaczyna zgrzytać…

Owszem, Miłoszewski jest poruszający, gdy pokazuje, jak całe to political fiction i wizja alternatywnej, szczęśliwszej może historii i tak biorą w łeb, albowiem polskie fatum jest silniejsze niż meandry dziejów i wszystko za sprawą wewnętrznych waśni powraca do starego nieszczęsnego koryta.

Owszem, można to odczytać jako prawdziwe larum grane skłóconym rodakom, ale czy w końcu w prostoduszności swej nie sprowadza się to do finału wiersza Brzechwy „Na straganie”, który sobie z radością zacytujmy:

Moi drodzy, po co kłótnie,
Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie!
A to feler –
Westchnął seler.

© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone, „Do Rzeczy” 45/2017

Leave a Reply