Lupa — geniusz i grafoman

Lupa — geniusz i grafoman

Krystian Lupa wziął do ręki arcydzieło Kafki i przerobił je na siedmiogodzinną płaską opowieść o opresywnym systemie.

Pytaniem zasadniczym było, czy zaangażowanie polityczne Krystiana Lupy, chęć manifestacji sprzeciwu wobec rządzących pozwolą wielkiemu reżyserowi na powiedzenie czegoś ciekawego słowami wielowarstwowego, niejednoznacznego arcydzieła, jakim jest „Proces” Franza Kafki.

Na ile zniuansowana i niepokojąca opowieść ocaleje w rękach reżysera miotającego obelgi pod adresem władzy. Czy „Proces” nie stanie się czasem płaską opowieścią o tym, jak to Jarosław K. prześladuje Józefa K.?

Sygnały były niepokojące. Na tydzień przed premierą Lupa w czasie tzw. próby medialnej przedstawił fragment swego spektaklu — scenę, w której pogrążeni w somnambulicznym otępieniu aktorzy, leżąc w szpitalnych łóżkach, ni to w zakładzie zamkniętym, ni to koszarach, ni to ośrodku dla uchodźców, wypowiadali słowa jednoznacznie lokujące spektakl w rejonach najostrzejszej politycznej agitki.

„Do jakiego stopnia trzeba być zdegenerowanym człowiekiem — pytał sceniczny Max Brod, grany przez Adama Szczyszczaja — żeby ból przekuć i w zemstę, i nienawiść? Takie pielęgnowanie bólu doprowadza do choroby. Staje się społecznym rakiem. Tym światem zawładnęła choroba jednego człowieka. Jeśli naród, państwo jest jednym organizmem, to w jego krwiobiegu rozsiewają się komórki rakowe, zarażające co rusz nowe organy. […] Od lat w tym kraju nie czekano tak na czyjąś śmierć. […] Rok 2017 jest ostatnim rokiem szansy, bo w roku 2017 ludzie z rozpaczy i desperacji zaczęli siebie podpalać”.

Aha, no więc to ma być aż tak ostro? Lupa, okrzyknięty najwybitniejszym polskim reżyserem, staje twarzą w twarz wobec demiurga polskiej polityki i rzuca mu w twarz najcięższe oskarżenie? Rymowałoby się to z poznańskim „K.”, demonizującym postacie polityków, tylko — gdzie tu w ogóle Kafka? Gdzie „Proces”? Po co mieszać w to genialną powieść?

Tak czy tak: zapowiadało się wydarzenie. I przecież, podekscytowani, pełni nadziei, na premierę przybyli reprezentanci opozycji. Stawka była z najwyższych: stworzyć arcydzieło o naszym politycznym uwikłaniu, zaprezentować utwór, który wypowie nasze lęki, obawy, wykrzyczy rozpacz.

Lupa podbijał stawkę: spektakl — wyprowadzony z Wrocławia, gdzie ministerstwo kultury wraz z władzami samorządowymi nieudolnymi działaniami przyczyniło się do zdemolowania Teatru Polskiego, realizowany po partyzancku w Warszawie jako koprodukcja kilku stołecznych teatrów, dzięki środkom miasta rządzonego przez opozycyjną PO — stawał się także opowieścią wygnanych aktorów prześladowanych przez opresyjny system.

Stary mistrz, obchodzący właśnie w listopadzie swe 74. urodziny Krystian Lupa, wychowawca kilku pokoleń teatralnych twórców, uwodziciel i deprawator, dzielił się z widzami swą rozpaczą, każąc aktorowi — na medialnej próbie — podawać i taki tekst swych zapisków: „Nie chciałbym umrzeć w tym momencie. Nie w tym momencie. To jest koszmarne, umrzeć w tym momencie, z poczuciem, że świat się na tym kończy. Że wszystko się będzie dalej cofać”. Rzeczywiście, obecną sytuację, triumf sił tradycjonalistycznych, próbę administracyjnie zarządzanego powrotu do aksjologicznego ładu w kulturze, może postrzegać Lupa jako koniec swoich złudzeń i nadziei, koniec swego świata.

No i tak: stojący u kresu życia artysta bierze do ręki arcydzieło praskiego Żyda i przetwarza je w osobistą wypowiedź o opresji. I zwycięża: pokazuje mistrzostwo, kreując sceniczny testament i przesłanie dla tych, którzy pozostają.

W tym obrazie oczekiwań nie ma wszak przesady, gdyż składające się na inscenizację teatralne instytucje i festiwale z Francji, Belgii, Niemiec i Grecji też liczyły na tego rodzaju sukces: oto głos z faszyzującego kraju, oto niepodległe przesłanie twórcy z totalitarnego kraju, może ostatnie, przedśmiertne dzieło teatralnego geniusza.

Jak Lupa połączy swe obecne polityczne zaangażowanie z umiejętnością drobiazgowej analizy literackich dzieł, jak przeniesie doświadczenia zrodzone z adaptacji utworów Bernharda do trudniejszej przecież i o wiele bardziej skomplikowanej prozy Kafki, czy plakatowość nie zdemoluje teatralnego laboratorium, do jakiego zwykł zapraszać widzów wielki twórca?

“Superspektakl”

Cóż, między próbą medialną a premierą przychodzi mi jeszcze wpaść do Teatru Powszechnego w Warszawie na „Superspektakl”, w którym Justyna Sobczyk, kreująca dotychczas widowiska z udziałem osób intelektualnie niepełnosprawnych, zabiera głos w sprawie współczesnej Polski. „Na pewien kraj — czytamy w programie — padł blady strach. Ludzie boją się wyjść z domu. Rosnąca fala przemocy i agresji powoduje, że każdy mający inne zdanie boi się zabrać głos w ważnych sprawach”. No i rusza jej Teatr 21, łącząc aktorów z zespołem Downa z zawodowcami z Teatru Powszechnego, by w zabawnej w założeniu opowieści wykreować superbohaterów i uczynić Polskę lepszą.

Dla mnie to koszmar: aktorzy z zespołem Downa wciągnięci w polityczną agitkę. Twórczyni specyficznego teatru, obserwowanego dotychczas przez rodziny niepełnosprawnych i ludzi wprowadzonych w problematykę, próbuje ze swoim stadkiem wejść do teatru profesjonalnego i zaprezentować się przed nieprzygotowaną publicznością (świadczą o tym wybuchy śmiechu w miejscach zupełnie niestosownych). I oto mamy przedziwne materii pomieszanie: wyświetlanie szyderczych slajdów o obawach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz samych rodziców niepełnosprawnych aktorów, że w Powszechnym dojść może do instrumentalnego wykorzystania niepełnosprawnych, a na scenie nieszczęsna aktorka Julia Wyszyńska zwierzająca się upośledzonemu aktorowi ze swej traumy po występie w „Klątwie” i opowiadająca, że „w Polsce się chrzani”.

Niepełnosprawni tworzący partię polityczną, która ma się przeciwstawić niepokojącym tendencjom (wśród postulatów: więcej sztuki w szkole, za to bez religii w programach nauczania).

Publiczność — a jest 11 listopada — bawi się świetnie, wciągana do zabawy prezentuje swoje postulaty dla superbohaterów — rozgonić Marsz Niepodległości, odsunąć od władzy małych zawistnych ludzi. Jakoś nie czuje niestosowności tego projektu, być może traktując swoje poglądy jako normalne, przezroczyste, nie widzi, że niepełnosprawni aktorzy wciągani są do politycznej gry. A mnie gest Justyny Sobczyk bardzo razi.

Reżyserka wchodzi ze swoimi podopiecznymi do profesjonalnego teatru, akceptując jego nowomodne strategie. Gdyby to był jeszcze jakiś ot, zwyczajny profesjonalny teatr. Ale jest to Powszechny, jak głosi jego hasło „teatr, który się wtrąca”. I to wtrąca dość mocno. Niepełnosprawni umysłowo broniący proaborcyjnej „Klątwy”? No, w ciekawe rejony zagnała Justynę Sobczyk chęć kariery. No, ale skoro reżyserka opowiada się publicznie za aborcją eugeniczną, to już wszystko jawi się jako jakieś kuriozum.

No dobra, ale otrząsam się z tego, przecież ten nieudolny, nieporadny dramaturgicznie spektakl (a tego akurat nie da się zrzucić na niepełnosprawnych aktorów) w życiu kulturalnym znaczy naprawdę niewiele. Ot, niesmaczny eksces i kres pewnego szlachetnego eksperymentu.

Premiera

I przychodzi środa, 15 listopada, wielkie święto teatru. Premiera sezonu. Coś, co na pewno — udane czy nie — przejdzie do historii polskiego teatru.

Pierwszy akt nawet budzi nadzieję.

Co prawda umieszczona w salonie plazma z programem publicystycznym, w którym irytujący europoseł Richard Czarnecki gada i gada, gada bez końca, lokuje brutalnie powieściowe wydarzenia w naszym tu i teraz, ale nie zakłóca to narracji, sprawiając wrażenie jazdy obowiązkowej, trybutu spłacanego rozpolitykowanej publiczności.

Co prawda Józef K. bezsensownie nazwany zostaje przez Lupę Franzem K., ale już jego rozmowa z gospodynią, panią Gruber, o wydarzeniach poranka i „zatrzymaniu”, traktowanych początkowo jako sen, złuda, a także ujawnienie rozdwojenia głównego bohatera, i pojawienie się obok Andrzeja Kłaka także Marcina Pempusia, jego wewnętrznego głosu szydercy, polemisty, recenzenta, pokazują, że Krystian Lupa przygotowuje świetną teatralną maszynerię do obcowania z Kafkowskim arcydziełem.

Wreszcie sam reżyser, który swoimi pomrukiwaniami, dopowiedzeniami, chrząknięciami, wybuchami śmiechu, czasem sygnałami dezaprobaty, wyraźnie zaznacza swą obecność i sprawczą rolę w spektaklach — świetnie może imitować tu rolę Kafki, pisarza. W „Procesie” przecież najpełniej pokazał on dziwne relacje łączące go z bohaterami, którzy wyłaniają się z jego wnętrza, są postaciami ze snu, projekcjami jego marzeń, skrywanych ciągot, a jednocześnie marionetkami, doświadczalnymi królikami wprowadzanymi w dziwaczne sytuacje, modelami jego przeczuć…

I nadziei na taki właśnie „Proces” — wierny tekstowi, wieloznaczny — nie tracimy przez pierwszy akt. Lupa przyzwyczaja nas do swego rytmu, zawiesza czas, pozwala sobie na powtórki, przeciągnięcia. Bawi się z maestrią projekcjami, gasi światło, by ultraczułą kamerą wydobywać intymne szczegóły sceny z panną Bürstner. Zapowiada się genialna teatralna uczta.

Tym bardziej że przecież Lupa odwołuje się do nowego polskiego przekładu Kafkowskiego arcydzieła, w którym Jakub Ekier starał się uciekać od translatorskich interpretacji traktujących „Proces” jako protest przeciw wszechwładzy państwa, przemocy biurokracji czy też zapowiedzi totalitaryzmu.

Ekier, a wraz z nim autor posłowia do najnowszego wydania powieści, Łukasz Musiał, próbowali wyrwać Kafkę z matni szkolnych interpretacji i pokazać „Proces” jako dzieło o wiele głębsze i wieloznaczne. Stawiające mocno problem winy Józefa K. i problem sądu. Genialnie wprowadzające do literackiego uniwersum bohatera przegranego, budzącego litość połączoną z pogardą. Dzieło przynoszące dziwne relacje bohatera z narratorem, autorem, który bawił się swoją postacią, szydził z niej i jej współczuł, a jednocześnie traktował jako swą karykaturalną reprezentację. Te elementy zdawały się jeszcze po pierwszym akcie do uratowania. Rozdwojenie Kafkowskiego bohatera, zawieszenie realności przedstawianego świata, przemieszanie perspektyw czasowych — to wszystko stanowiło wyborny prolog do opowieści o uwewnętrznionej winie i sądzie.

Co prawda w scenie „Pierwszego przesłuchania” znać dużo aluzji do panoszącego się w Polsce kaczyzmu, a Franz K., wykrzykując swój sprzeciw wobec sądu, leci w plakat i bieżączkę, ale tłumaczyć sobie można było: to projekcja jego złudzeń i niepojmowania, czym w istocie jest toczony przeciw niemu proces i na czym może polegać jego wina. W następnych partiach, niepozbawionych teatralnego uroku, po świetnych scenach z naszego bohatera z Różą, żoną woźnego, (Ewa Skibińska) i oprowadzającym go po obiekcie jej mężem (Wojciech Ziemiański), Lupa brutalnie nawiązuje do współczesności, każąc oskarżonym (byłym aktorom wrocławskiego teatru), oczekującym w korytarzu, stać z zaklejonymi czarną taśmą ustami, a wreszcie rozstrzeliwując ich z karabinów maszynowych.

No, kiepskie to, boli takie przegięcie, ale jeszcze gorsze jest to, że w tym miejscu spektakl w zasadzie się kończy. Pozostałe parę godzin to istny zalew grafomanii i ogłuszającego braku konceptu. Tak, tak, zaraz padną słowa o zdegenerowanym człowieku, który swój ból przekuł w zemstę i nienawiść. A to wszystko skąpane zostanie jeszcze w żałosnych „improwizacjach”, znanych już z „Poczekalni.0” — kompletnie jałowego eksperymentu, w którym Lupa wespół z aktorami sobie popłynął. Luźne gry skojarzeń, nieodwołalnie zmierzające ku banałowi, kiczowate sentencje: to wszystko — podbite muzyką, dramatycznymi pauzami, manieryczną grą sugerującą jakieś głębie, z obowiązkowym oczywiście rozbieraniem się aktorów, których gołe krocza dokumentują, że niby oto dotarli do nagiej prawdy i obnażają się przed widzami zarówno cieleśnie, jak i duchowo, nie mając nic do ukrycia — jawi się niczym próbka najgorszych mielizn, którymi raczył nas Lupa w swych najmniej udanych dziełach. Jak koszmarny sen.

No tak, tylko o ile Kafka śnił rzeczy niesamowite, o tyle Lupa… cóż, gdy funduje nam swój strumień świadomości albo też dopuszcza do głosu aktorów, to wytwarza to, co zawsze: miejscami niezamierzenie śmieszne, a zawsze pretensjonalne kawałki. Kiczowatą opowieść o kobietach Kafki i sytuacji artysty w totalitarnym państwie, jakim jest Polska. Narzekanie, jak nienawistni ludzie ich otaczają… Chociaż… raz pojawia się jakaś nadzieja, gdy aktorka podsumowuje swe beztroskie życie w modernizującej się Polsce pod rządami Platformy i szuka winy w sobie…

Ale próżne to oczekiwania, by skonfrontować głębinowego Kafkę z płytką antropologią liberalizmu. Po wykańczającym pokazie grafomanii, i teatralnej, i literackiej, zmaltretowaniu widzów następuje przerwa, po której Lupa serwuje nam drugą część Kafkowskiego „Procesu” — odwiedziny nadekspresyjnej ciotki (Halina Rasiakówna), w którą reżyser zmienił powieściowego stryja, odwiedziny u adwokata, malarza, wreszcie wizyta w katedrze. Ale choć nie brakuje tu pojedynczych świetnych pomysłów inscenizacyjnych, ożywiających na chwilę tego teatralnego gniota, to przecież całość sprawia wrażenie odpuszczonej. Nieznośnie długie partie tekstu podawane są bez jakiegokolwiek głębszego konceptu. Nawet kluczowa dla interpretacji „Procesu” opowieść więziennego kapelana, „Przed prawem”, wstrząsająca w swej paradoksalności, zaprezentowana jest tak płasko i bez pomysłu, że — widząc pojmanego bohatera, szykujemy się do finałowej sceny powieści, czyli opisu drogi na miejsce kaźni i egzekucji — w gruncie rzeczy z prawdziwą ulgą przyjmujemy przecięcie naszych oczekiwań i wypowiedzianą z dezynwolturą informację aktorki, kończącą spektak słowami: „Wiecie, co dalej”.

No, wiemy. I wiemy, co gorsza, co przedtem. Tylko że Lupy problematyka Kafki jakby kompletnie nie obchodziła. Potraktował „Proces” jak szkolną lekturę — opowieść o niewinnie oskarżonym urzędniku, który „nic złego nie zrobił”, a który został zmiażdżony przez aparat państwowy. Wina, sąd, prawo? Oczywiście, to wszystko sprawa zewnętrzna. To Kaczor i jego totalitarni poprzednicy. Jeśli już jakieś pogłębienie, to właśnie Kafka jako prorok totalitaryzmu i antysemickich paroksyzmów.

Ale Kafka egzystencjalny, podróżujący po swym wnętrzu, poszukujący, zabłąkany?

To nie opowieść dla Lupy.

Szkoda. Szkoda Kafki, szkoda Lupy.

Lektury

Miłośnikom genialnego pisarza pozostaje wznowiony właśnie nowy przekład Jakuba Ekiera, prace Łukasza Musiała, a także wydana niedawno przez PIW encyklopedia „Franz Kafka” (Richard T. Grey i in.), która — choć zdezawuowana nieco w słowie wstępnym przez tegoż Musiała — jest kapitalnym kompendium wiedzy na temat różnych losów kafkologii. Kompendium, którego autorom udało się zdobyć na wyborny ton pobłażania, na specyficzne wybaczające spojrzenie na coraz to nowe wysiłki interpretatorów, znawców, smakoszy próbujących sprowadzić Kafkę do jednego wymiaru. Subtelnie, ale zdecydowanie obchodzą się autorzy „Encyklopedii” z nowomodnymi strategiami, zmierzającymi do zamknięcia Kafki w ideologicznych klatkach, do zdemaskowania, zdefiniowania, unieruchomienia. Pokazują, jak Kafka — geniusz, a zarazem nieudacznik — kompletnie bezradny wobec samego siebie, wymyka się próbom uwięzienia w ideologicznych pętach.

Ale ten ton obecny jest też w podejściu do korespondencji Kafki, do której autorzy „Encyklopedii” radzą podchodzić z dystansem: „Zapiski osobiste dokumentują problem Kafki z kobietami, lecz pamiętać należy, że i te pisma stanowią część literatury stworzonej przez pisarza o bujnej wyobraźni. Analizy biograficzne mówią wiele o stosunku Kafki do kobiet, ale zawsze pozostaje pytanie, jak dalece »prawdziwe« są jego listy i dzienniki”.

Z „Encyklopedii” wyłania się Kafka wielowymiarowy — także ten irytujący neurastenik, chorobliwy socjopata, ale przecież jednocześnie potężny geniusz, przy którym jakże malutkie zdają się podrygi prozatorskie Gombrowicza, przy którego wyprawach w głąb siebie karleje tyle pozornych literackich wielkości. Lektura „Encyklopedii” połączona z nieco cięższą pracą Łukasza Musiała „Kafka. W poszukiwaniu utraconej rzeczywistości” to naprawdę znakomity sposób na zanurzenie się w świecie geniusza z Pragi.

A tym, którym i tego będzie za mało, a odnajdują w sobie ciągoty sado-maso, pozostaje jeszcze jak zawsze ucieszna rozrywka obcowania z recenzjami. Krytycy zniewoleni autokreacją Lupy czynią naprawdę zabawne, a zarazem bolesne wygibasy, by jakoś nie urazić autora tej siedmiogodzinnej teatralnej buły. Już to dowiadujemy się, że nasz teatralny geniusz zakpił sobie z nas, skazując na męki nudy, już to ktoś sugeruje, że Lupa zrobił spektakl przeciw sobie i przeciw publiczności, że w tym wylewie grafomanii, genialnie wypowiedział zagubienie artystów, a w ogóle to wszystko — wespół z blamażem Lupy — to wina złowrogiego Kaczora. No pewnie.

© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone, „Do Rzeczy” 48/2017

Comments are closed.