Bez kategorii

Smuteczki Pawła Sołtysa

By 13 kwietnia 2018 18 listopada, 2019 No Comments

Pisze Paweł Sołtys w jednym z najbardziej poruszających opowiadań z debiutanckiego tomu „Mikrotyki”:

Kobieta, z którą miałem się spotkać, już raczej nie przyjdzie. Nie chce mi się nawet do niej dzwonić, sprawy potrafią cichnąć i zamierać. Kończy się pora na lunch, w ruch idą serwetki, karty płatnicze i monety w napiwkach. Dwa głośniki z pomarańczowymi znaczkami JBL sugerują, że love, love will tear us apart again, ale bez przekonania. To nie Ian Curtis, tylko jakaś smoothjazzowa przeróbka. Pewne sprawy cichną i zamierają, stają się smoothjazzowymi coverami, elegancką parszywką. Jestem bez okularów, więc przesiadam się bliżej, zamawiam alkohol, pierwszy raz od dwóch miesięcy. Na chybił trafił, bo nie wiem, co powinno się pić w takim momencie.

Za chwilę nastąpi przesilenie: bohater natknie się na człowieka niewidzianego od 20 lat i przyjdzie świetna coda opowiadania, w której usłyszeć będzie można wpośród wielu innych głosów i echo „Oplutego” Marcina Świetlickiego.

Ale my zatrzymajmy się nad tymi zdaniami, rzuconymi jakby tylko dla nakreślenia przypadkowych okoliczności spotkania. Czy Paweł Sołtys nie chce powiedzieć nam czegoś o swoich uczuciach, o swoim pisarstwie? Smoothjazzowa parszywka — lekkostrawna muzyczna potrawa, wygładzająca ostrza dramatów, łagodząca drapieżne nuty, owijająca saksofonową watoliną coś, co zrodzone było z gwałtownych uczuć i szlochu. Czyż Sołtys nie zadaje pytania o jakość swego uczuciowego świata, swego pisarstwa, które oświetla promieniami zachodzącego słońca dawne dramaty i porywy uczuć? Czy nie przyznaje się do własnej bezsilności wobec mechanizmu pamięci, która ludzkie losy otula nostalgią i inkrustuje vintage’owymi diamencikami?

Nie wykluczałbym tego tropu, tym bardziej że Paweł Sołtys, także jako Pablopavo — znakomity tekściarz, wokalista, kompozytor — bywa bardzo przewrotny, nie tylko wtedy, gdy igra z muzycznymi konwencjami czy kryptocytatami.

Wsłuchajmy się choćby w otwierający płytę „Tylko” sygnowaną Pablopavo utwór „Sobota” z refrenem:

i tylko już nie ma tego,
który by to dobrze spisał
książę się w noc książę się w noc
w powidok się książę wypisał.

Aluzja oczywista — tytuły książek mistrza krótkich form, Marka Nowakowskiego, w refrenie tego epitafium ewidentne. Nie ewidentna natomiast gra, jaką rozwija Pablopavo w zwrotkach piosenki. Bo przecież właśnie to spisuje i spisuje w sposób mistrzowski: kongenialnie pastiszuje Marka Nowakowskiego, który krótką frazą, szybkim sztychem kreślił sytuację, że stawała się i obrazkiem rodzajowym, i socjologiczną obserwacją, a także wymierzeniem sprawiedliwości widzialnemu światu.

Pierwsza zwrotka i scenka, jak to jąkała kupuje bułki, a stojący za nim w kolejce nowobogacki szpaner nawiązuje spojrzeniem szyderczą więź z ekspedientką:

się szczerzy szeroko
pełen garnitur zębów śnieżno-białych
i na palcu kluczyki do Tourana w chybocie.

A do tego liryczna minipuenta:

zza szklanych drzwi się patrzy jąkały pies
wybacza, psy wybaczają przy sobocie.

Znać, że Pablo dokładnie prześwietlił metodę Nowakowskiego, a i swój talent do upoetycznienia zwyczajnych sytuacji wprzągł… I podobnie kolejne zwrotki: o bezpańskim kocie wahającym się, czy zjeść, czy nie, wystawioną w pudełku po margarynie karmę, bo przecież „truli chrześcijanie koty tu w ten sposób”, wreszcie obrazek z przebudzenia pod płotem, gdy „się przegrało i wygrało zarazem z piątkiem”, szuka się portfela, ciężko wspomina troskliwą żonę, próbuje odtworzyć nocne przygody — wszystko to sytuacje nasycone szczegółami, znaczącymi rekwizytami, będące hołdem dla zmysłu obserwacji mistrza Nowakowskiego, a zarazem przecież popisem własnej maestrii. Czy rzeczywiście „nie ma tego, kto by dobrze spisał”? Pablopavo mruga do nas okiem i snuje swą balladę.

I przecież udało się.

Przyszedł czas na jego debiut prozatorski. Tom „Mikrotyki” przyniósł kawałki wyśmienitej prozy, zdecydowanie wyrastającej ponad krajową przeciętność. Przyniósł opowiadania pełne nostalgii, melancholii, wspominki człowieka, który już wyczepił, outsidera, obserwatora raczej niż uczestnika zdarzeń, kolesia z papierosem w ustach patrzącego, jak spalają się, wariują, łudzą, kochają inni. Opowieści człowieka, który już się nie ściga, widział za dużo śmierci i cierpienia, widział za dużo nieszczęść.

Raz zwróci się ku dzieciństwu, które jest dla niego czasem nabywania gorzkiej świadomości, że nie zbawi świata, nie stanie dzielnie w obronie uciśnionych, nie będzie megabohaterem, a jedyne, co może ofiarować prześladowanym, to bezsilne współczucie literatury. Przywoła scenę, jak to prawą ręką obejmując piłkę, idzie obok skrzywdzonego kolegi. Ale co zrobił ze swą lewą ręką? Posłuchajmy ostatnich zdań opowiadania „Lato”: „Może położyłem ją na ramieniu Wiśni? Raczej nie, nie pamiętam, niech mi ktoś wybaczy”. No tak, potrafi ująć, dokładnie zna alchemię literackich wzruszeń. Czasem będzie to akord, częściej pojedynczy dźwięk, gdy nagle na koniec epizodu z ochroniarzem, na którego natknie się wędrując śladami dzieciństwa, rzuci: „w świetle latarni widać, że ma ślad po obrączce, wygląda jak głębszy cień, pogrubiony”.

Kiedy indziej pochyli się nad magicznym czasem dojrzewania i wielkiej tajemnicy seksualności („Znaliśmy słowo »cycki« i widzieliśmy te wybrzuszenia”), seksualności, która też będzie miała u niego walor jakiejś daremności, smutku.

Zabierze nas na spacer po przepoczwarzającej się w nowoczesnego bezdusznego molocha Warszawie, by odtwarzać jej dawne ludzkie oblicze, czasem odwoła się do bolesnej na wpół zatartej wojennej i powojennej przeszłości. Zmieszane genealogie warszawiaków, ślady Holokaustu („– Kiedy… jesteśmy sami, jak mam do ciebie mówić? Tamtym… tamtym imieniem czy tak jak teraz, Boguś…?”), pogmatwanych metryk, płynnych przynależności wyznaniowych, szabru i szmuglu.

Wprowadzi gościa, który nosić będzie ze sobą karteluszki z dziwnymi zapiskami, mającymi chronić przed złudnym poczuciem szczęścia i beztroski. Karteluszki przywołają grozę niedawnych, nieodległych, a może przyczajonych już w skradającej się przyszłości zdarzeń. Wykaligrafowane staroświeckim charakterem pisma wyrazy: „Ukrywający się, przerażeni ludzie”, „Zaginione dziecko”, „Poniżający i poniżani”.

Zaprosi nas do baru Stokrotka, gdzie wbrew nowym czasom wódkę polewa się na pięćdziesiątki, można jarać szlugi, a kompani przy stoliku potrafią milczeć „jakoś tak po ludzku, nie robiąc z ciszy papieru ściernego”.

Będzie nas mamił autentyzmem („Gdybym zmyślał tę historię, dorzuciłbym do porośniętego murku chudego kota patrzącego nieufnie. Chude koty zawsze pasują. Ale kota nie ma”), innym razem bawił wszechmocą narratora, wchodząc do mieszkania przez uchylony lufcik („Mieścimy się bez problemu, wszak jesteśmy tylko spojrzeniem czytelnika”).

Nasyci swe opowiadania erudycyjnymi sygnałami, ale tak, by nie zniechęcić czytelnika. Dla koneserów przygotuje językowe smaczki. Opisując przemijanie innych i ich nieme życiowe katastrofy, będzie też ogrywał własne wejście w smugę cienia, gdy podsłuchując konwersację dziewuch na Saskiej Kępie, zapisze: „Dużo było w tej rozmowie anglicyzmów, wklepanych polską fleksją, żeby nie wystawały, jakieś wakacje w Mielnie i picie wódki z jakimś Andrzejem. Pojąłem, że jestem dziadem i że to nie są żadne idiotyzmy, tylko życie, choć opowiadane w języku, który już nie jest mój. Ktoś go wziął i przemalował na seledynowo. Byłem przez te kilka minut w Kraju Młodych Dziewczyn. Trochę jak na Słowacji, niby się dogadujesz i rozumiesz, ale to jednak zagranica”.

Ale wcześniej uraczy nas zasłyszanym w czasie tego samego spaceru, w Carrefourze, świetnym tekstem faceta z dwoma okocimami: „Kurwa! Może mnie pani policzyć? Czy ja mogę zapłacić za swoje zakupy? Pani nie widzi, że ja się rozlatuję? […] Czy pani się kiedyś rozlatywała? Tak, że każda komórka w ciele boli i gryzie inną komórkę? Tak, że nie da się żyć?”.

Pełen empatii dla pijaczków, wariatów i wykolejeńców, będzie miał też współczucie dla biednych bandziorów, np. braci Greków, którzy bez powodzenia próbowali stworzyć grupę przestępczą z prawdziwego zdarzenia.

Byli za głupi. Najstarszy, by przeżyć, średni, by się nie wpieprzyć na dwadzieścia pięć, a najmłodszy na browna. Prawdę mówiąc, na browna za głupi okazali się dużo od nich mądrzejsi. Ale to trochę później”.

Promienie nostalgii oświetlają Stegny, oświetlają Grochów i wszystko wygładzają. Przecież nawet katujący na prywatce naszego bohatera prawie dwumetrowy osiłek zasługuje na zrozumienie:

bił na poważnie, bił za swoje dresy z bazaru, za hutę, która upadła, więc stary od roku siedzi w domu, za starą, którą stary leje, jak syna nie ma, za wszystkie te dziewczyny, które przechodzą na drugą stronę ulicy, za dziewczyny z teledysków Nazara, Kasy i Norbiego, za pieniądze, które robią inni, za Balcerowicza, Wałęsę, Tymińskiego i oczywiście za Żydów, Niemców i Ruskich, bił na poważnie, w szale.

„Mikrotyki” Sołtysa świetnie będą współgrać z jego piosenkami podpisanymi ksywką Pablopavo. Spotkamy tu bohaterów opiewanych już w songach, zobaczymy te same krajobrazy, napisy na murach, miniemy szkolne boisko. Zajrzymy do okien na osiedlu z wielkiej płyty i wyobrazimy sobie „monstrualny gramofon grający tę wielką płytę, nasze życie, mnie, siostrę na obcasach i tych dwoje przed telewizorem”. Nocny spacer po Stegnach w deszczu zrymuje się z niesamowitym „Ostatnim dniem sierpnia”, a utwór z tej samej płyty „Ladinola” — „Znałem faceta” — znajdzie swe kapitalne dopełnienie w leitmotivie opowiadania otwierającego tom prozy.

Autor, nie mogąc zbawić swoich bohaterów, zaoferuje im i nam to, co ma najlepszego — swą twórczość. Smuteczki Pawła Sołtysa destylowane w piosenki lub rozwijane w opowiadania czasem otrą się o kicz, nierzadko o arcydzieło.

© ℗ Wszelkie prawa zastrzeżone „Do Rzeczy” 10/2018

Leave a Reply